9840.txt

(653 KB) Pobierz
Ken Goddard
Zdobycz

Przełożył Jan Krasko
Wydawnictwo Da Capo
Warszawa 1994
Tytuł oryginału Prey
Copyright Š 1992 by Ken Goddard
 Projekt okładki Adam Olchowik
Skład i łamanie, opracowanie graficzne okładki
FOTOTYPE, Milanówek,
tel./fax 55 84 14
For the Polish translation Copyright Š 1994 by Jan Krasko
For the Polish edition Copyright Š 1994 by Wydawnictwo Da Capo
Wydanie I
ISBN 83-86133-30-9
DRUK ( OPRAWA
Zakłady Graficzne w Gdańsku
fax (058) 32-58-43

Ksišżkę tę dedykuję mojej matce i ojcu

 Najszczersze dzięki Wally'emu, Alowi, Rogerowi i Markowi za prawdziwie kumplowskš atmosferę, za opowieci wojenne i za wprawę, z jakš pilotowali nasze samoloty.


Od autora
 Zawsze istnieje możliwoć, że gdy pisarz wykorzysta w fikcji literackiej wštki zaczerpnięte z pracy, dzięki której zarabia na życie, jego koledzy po fachu popędzš do księgarń, ogarnięci rozkosznie niecierpliwym oczekiwaniem, nerwowym niepokojem, wzbierajšcym gniewem lub też niepohamowanš furiš. Dlatego na wszelki wypadek owiadczam, co następuje:
 Nazw niektórych stanowisk rzšdowych użyto w powieci w celu stworzenia pozorów realizmu sytuacyjnego. Wszelkie podobieństwo do postaci, które w powieci stanowiska te zajmujš, jest zupełnie przypadkowe. Przypadkowa jest również ich ewentualna zbieżnoć z osobami, które obecnie lub w przeszłoci pełniły jakiekolwiek funkcje w amerykańskiej Służbie Ochrony Lasów i Jezior (U.S. Fish and Wildlife Service), w Departamencie Sprawiedliwoci, w Departamencie Spraw Wewnętrznych czy innych agencjach rzšdowych. Wszystkie postacie występujšce w niniejszej powieci sš postaciami fikcyjnymi, tak samo jak jej treć.
 O ile wiem, departament spraw wewnętrznych USA nigdy nie powołał Specjalnej Komisji do spraw Ochrony rodowiska (SKOS) (International Commission for En-vironmental Restoration  ICER), ani też nie zorganizował operacji KONTRA (Operation Counter Wrench). Tym samym stanowisko dyrektora administracyjnegoS SKO jest stanowiskiem fikcyjnym.
 
Ken Goddard


 Moi dobrzy przyjaciele, sprawa jest naprawdę bardzo prosta. Wszyscy wiemy, że w lasach sš setki jeleni. Co znaczy, że Król i jego ludzie mogš polować do woli, nawet codziennie, a rogaczy i tak nie ubędzie. Widzicie więc, że
o ile tylko będziemy wykonywać swojš pracę i nie dopucimy, by wieniacy zastrzelili choćby jednego jelenia, nie
ma absolutnie żadnych powodów, żeby do Jego Wysokoci
i tych szlachetnie urodzonych dżentelmenów odnosiły się
jakiekolwiek prawa łowieckie.
Anonimowy Nadleniczy Sherwood Nottingham


MYLIWY





1
Sobota, 25 wrzenia
Zaczęło się to pewnej mronej nocy, w przeddzień srogiej alaskańskiej nieżycy. Z czterokołowego pojazdu wysiadło dwóch mężczyzn. Przystanęli na chwilę w jaskrawym wietle latarni, sprawdzili zegarki i do kieszeni długich kurtek ostrożnie wsunęli automatyczne pistolety typu SIG-Sauer z pełnymi magazynkami.
 Pozornie sami, popatrzyli w lewo, w prawo, przecięli ulicę i weszli do jednej z najgorszych spelun w Anchorage.
 Mężczyzna obserwujšcy ich z pokoju nad barem też sprawdził czas. Była dokładnie jedenasta pięćdziesišt pięć.
 Tłum kłębišcy się o północy w Rasowym Koniu stanowił wybuchowš mieszankę zbirowatych motocyklistów, rybaków i nafciarzy spod ciemnej gwiazdy. Henry Lightstone, jeden z obskurniejszych bywalców przybytku, siedział samotnie przy małym stoliku w rogu sali.
 Podać jedno zimne?
 Lightstone zakrył rękš kufel, ruchem głowy odprawił kelnerkę i wbił wzrok w dwóch mężczyzn wchodzšcych do baru przez podwójne drzwi. Gdyby nie to, że jeden z nich wyglšdał na gliniarza, tylko by na nich zerknšł, nic więcej. Gliniarz był ostatniš osobš, jakš Lightstone chciał w tej chwili oglšdać.
 Znów spojrzał na zegarek  jedenasta pięćdziesišt szeć. Zaplanował sobie, że za cztery minuty rozwišże problem, który nie dawał mu żyć od trzech miesięcy. Miał teraz tylko dwa wyjcia: zostać w barze i liczyć się z ryzykiem, że może utkwić na jaki czas w areszcie, albo natychmiast
stšd spływać i... przekrelić rezultaty półtoramiesięcznej pracy.
 Nowo przybyli podeszli do stolika przy cianie, cišgnęli swoje grube kurtki i rzucili je na wolne krzesło. Siadajšc, zamówili u kelnerki co do picia.
 Henry Lightstone odchylił się z fotelem do tyłu, oparł długie ręce na drewnianych podłokietnikach i lęczšc nad drugim kuflem piwa usiłował przybrać wyglšd człowieka walczšcego z co najmniej pištym albo szóstym.
  No szybciej  mruknšł do siebie.  Niech kto tu wreszcie co zrobi...
Zostały mu dwie minuty.
 Kelnerka wróciła z piwami i koszyczkiem jak zwykle niewieżej prażonej kukurydzy. Facet wyglšdajšcy na gliniarza wycišgnšł z kieszeni dwa złożone banknoty, rzucił je na tacę i zajšł się rozmowš ze swoim kompanem.
 Oszołomiona kelnerka wybałuszyła oczy. Zanim ruszyła z powrotem do baru, jeden z banknotów wetknęła pospiesznie za duży dekolt.
 Dwie dwudziestki  skonstatował Henry. Nie sšdził, żeby kelnerka połakomiła się na marnego pištala czy dychę, a skoro cztery piwa kosztujš dwanacie dolców, musiały być dwie dwudziestki.
 Facet rzucał forsš. Postępujš tak ludzie nierozważni, próbujšcy komu zaimponować. Niestety, to również sztuczka, jakš stosujš tajniacy, żeby kogo spławić.
 Henry wolno powiódł wzrokiem po zadymionej sali, spodziewajšc się, że zaraz zobaczy, jak pięciu czy szeciu gliniarzy z grupy operacyjnej obstawia tylne wyjcie. Ale nie, drzwi były czyste.
 Lightstone próbował przekonać samego siebie, że ci dwaj to tylko przypadkowi turyci polujšcy na łosie, faceci uziemieni w Anchorage przez niespodziewanš zamieć. Że to tylko dwóch szpanerów, którzy nie majš doć rozumu, by o jedenastej pięćdziesišt pięć w nocy trzymać się z daleka od miejsc takich jak Rasowy Koń.
 Od kiedy przyjechał tu półtora miesišca temu. cišgle się na takich bubków natykał.
  Podszedł do nich motocyklista stojšcy dotychczas przy barze. Klasyczny zabijaka: wielki, z wystrzępionš czarnš brodš, brudnymi włosami, w porwanej skórzanej kurtce i połatanych dżinsach. Runšł na stolik, ochlapujšc siedzšcych piwem.
 Nieznajomi spojrzeli na odzianego w czarnš kurtkę typa z ogłupiałš obojętnociš.
Przy sšsiednich stolikach zaczęły cichnšć rozmowy.
 Ręce motocyklisty powędrowały wolno do wšskich bioder, a prawa zawisła nad skórzanš pochwš noża u pasa. Facet wyglšdajšcy na gliniarza umiechnšł się, pokręcił lekko głowš, spojrzał prosto w nabiegłe krwiš lepia pijanego zbira i co do niego powiedział. Siedzšcy dziesięć metrów dalej Lightstone czytał z ruchu warg:
	Nawet o tym nie myl, dupku.
 Oszołomiony zuchwalstwem nieznajomego, bandzior na chwilę zgłupiał.
 Przy stoliku nowo przybyłych wyrosło dwóch wykidajłów: jeden czarny, drugi musiał pochodzić ze Wschodu. Ani Murzyn, ani Azjata nie próbowali ukrywać długich, napełnionych rutem woreczków, którymi poklepywali się po udach.
 Motocyklista zrobił krok do tyłu i z czubkami palców prawej ręki wcišż zatkniętymi za skórzanš pochwę noża stanšł twarzš w twarz z wykidajłami. I nagle... zmiękł, stchórzył. Najwyraniej zabluffowany i wymanewrowany, posłał im wciekłe spojrzenie i ruszył chwiejnie w stronę kontuaru, jakby cały epizod był tylko stratš czasu.
 Z foteli podniosło się dwóch nafciarzy, którzy najwidoczniej nie pałali miłociš do chojrakowatych motocyklistów i zamierzali wyjć z baru z trofeum w postaci czarnej skórzanej kurtki.
 Zamiast trofeum, na wysokoci nosa ujrzeli kieszeń innego wykidajły, byłego stopera z futbolowej drużyny Reidersów. Umiechajšc się przyjanie, olbrzym postawił na stoliku kufel piwa na koszt firmy i pokręcił głowš.
Lightstone usłyszał znajomy głos:
	To amatorzy. Dwóch lalusiowatych bubków.
 Henry spojrzał na wysokiego mężczyznę odzianego w skórzanš kurtkę i zaprosił go do stolika.
 Znasz ich?  spytał.
 Czasami tu wpadajš  odparł Brendon Kleinfelter.
	Wychylajš kilka piw, potem sobie idš i majš w dupie, że
wyglšdajš jak gliniarze.
	Jeste pewny, że nimi nie sš?
Kleinfelter wzruszył ramionami.
 	Z tego, co wiem, nie sš. Według moich ródeł, faceci
co tam importujš, eksportujš i dorabiajš na boku. Popper
nie lubi, jak się tu kręcš, i myli, że da radę ich stšd
wyrzucić. Tylko cišgle zapomina o Larrym i Mike'u.
 O tym duecie od kichy?
Brodaty Kleinfelter kiwnšł głowš.
 Ale ty masz to chyba gdzie, bo to twój lokal, co?
	rzucił Henry.
  Ich forsa nie mierdzi  przyznał właciciel Rasowego
Konia.
 Wiesz o nich co jeszcze?
 Bo co? Faceci cię denerwujš?
  Jak cholera  odrzekł poważnie Lightstone.  W tym
roku nie odłożyłem na adwokata.
  To Paul i Carl. Tak ich tu przynajmniej nazywajš.
Z tego, co widzę, dziany jest Paul. Carl to tylko pozorant.
Po mojemu robi za goryla.
	Za goryla? A niby czego ten Paul się boi?
Kleinfelter kiwnšł głowš.
  Tego nigdy nie wiadomo, co nie? Nie zapomniałe
przynieć forsy?
  A skšd. Dałem jš na przechowanie kelnerce  odrzekł
uszczypliwie Lightstone.
  Obymy się tylko dobrze zrozumieli...  Kleinfelter
błysnšł złowieszczo oczami.
  Nie wiem jak ty, ale ja rozumiem, że jestem tu po to,
żeby sprawdzić towar. Jak mi się toto spodoba, wykonam
telefon. Dadzš mi adres, a ty wylesz tam kilku ludzi, żeby
przeliczyli szmal. Jeli obie strony będš zadowolone, twoi
chłopcy odbiorš forsę, ja załaduję towar, a wy zaczniecie
  
nabijać konta, żeby na staroć mieć z czego żyć. A jeli układ będzie nam dalej odpowiadał, uruchomisz dostawy cotygodniowe, po pięćset funtów każda. Ty też tak to rozumiesz?
 	Brzmi niele  stwierdził Kleinfelter.  Na zapleczu.
Pasuje?
Lightstone wzruszył ramionami.
 Jasne, czemu nie.
 No to chodmy.
 Przebili się przez tłum, potem skręcili w długi, wšski korytarz, zamknięty po obu końcach stalowymi drzwiami. Mniej więcej w połowie korytarza ze cian wystawały dwa wsporniki, tak że można było między nimi przejć tylko gęsiego. Kiedy Lightsto...
Zgłoś jeśli naruszono regulamin