Siergiej Łukjanienko - Poprawianie błędów 01 - Brudnopis.rtf

(4010 KB) Pobierz
Poprawianie b??d?w 01 - Brudnopis

 

Siergiej Łukjanienko

 

Brudnopis

 

Przełożyła Ewa Skórska

 

 

1.

 

 


              Są takie dni, gdy nic ci się nie układa. Wstajesz z łóżka i noga zamiast na kapeć trafia na grzbiet ukochanego psa, który ze strachu gryzie cię w łydkę; nalewasz kawę, ale zamiast do filiżanki lejesz prosto na świeżą koszulę; dochodzisz do metra i stwierdzasz, że zostawiłeś w domu wszystkie dokumenty i pieniądze, a po powrocie do domu odkrywasz, że wcale nie zostawiłeś, tylko zgubiłeś. Razem z kluczami.

              Ale czasami wszystko dzieje się na odwrót. Wstajesz wypoczęty, z przyjemnym wspomnieniem o miłym śnie. Wczorajszy katar minął bez śladu, jajka ugotowały się idealnie, twoja dziewczyna, z którą wczoraj się pokłóciłeś, sama do ciebie dzwoni i przeprasza, trolejbusy i autobusy podjeżdżają, gdy tylko zdążysz podejść na przystanek, przełożony wzywa cię do siebie i oznajmia, że postanowił dać ci podwyżkę i wypłacić premię.

              Takich dni boję się najbardziej. Starożytni mieli rację – nie należy kusić losu nadmiernym szczęściem. Król Polikrat nie na darmo rzucił pierścień do morza, a gdy morze odrzuciło jego ofiarę, król powinien był odciąć sobie palec, może by nie przyrósł… Jeśli nie jesteś w czepku urodzony, jeśli nie idziesz przez życie lekkim krokiem próżniaka, strzeż się szczęśliwych dni! Życie przypomina pasiasty strój więźnia – jeśli dzisiaj miałeś pecha, jutro nadejdzie sukces.

              Zwykle ta myśl mnie uspokaja. Ale nie dzisiaj.

              Stałem przed drzwiami swojego mieszkania. Drzwi jak drzwi, nic ciekawego. Stalowe, na skutek obecnych kryminalnych czasów, i tanie, z powodu braku bogatego wujka w Ameryce.

              Za to uchylone.

              Chyba nie muszę tłumaczyć, co to znaczy.

              Jak na razie nie mam jeszcze sklerozy, swoje klucze Anka ze wzgardą cisnęła na podłogę tydzień temu – zanim odeszła. Jest jeszcze zapasowy komplet u rodziców, oczywiście nie po to, żeby mogli robić inspekcje, lecz na wypadek, gdybym zgubił swoje. Problem w tym, że rodzice od tygodnia są na urlopie w Turcji i absolutnie nie mogli mnie odwiedzić.

              Stałem i myślałem o Keszju. O to, dlaczego mój skye terier nazywa się Keszju, należałoby zapytać panią hodowcę. Może ona lubi te orzeszki? A może nie wie, co to jest keszju? Ja w każdym razie krępowałem się zapytać.

              Co robi złodziej, gdy zobaczy w mieszkaniu małego, lecz dzielnego teriera? Dobrze będzie, jeśli tylko kopnie.

              Oczywiście miałem w domu pewne cenne rzeczy. Notebook. Wieża. Telewizor, całkiem niezły, odtwarzacz DVD, zupełnie nowy. No i każdy doświadczony złodziej znajdzie przyklejoną do „pleców” szafy skrytkę – tysiąc euro w kopercie.

              Ale ja myślałem tylko o Keszju. Być może stałbym na klatce jeszcze dłużej, nie mogąc się zdecydować, czy otworzyć drzwi, czy nie, gdybym nie usłyszał dobiegającego z mieszkania cichego metalicznego brzęku.

              Złodziej ciągle był w środku!

              Nie mam postury mołojca ani natury bohatera. Cała moja znajomość sztuk walk ogranicza się do sześciu miesięcy kursu karate (przed dziesięcioma laty), a bojowe doświadczenie do kilku bójek w mniej więcej tym okresie życia. Ale do mieszkania wpadłem z entuzjazmem Bruce’a Lee, któremu ktoś nadepnął na ulubione kimono.

              Czy mieliście kiedyś okazję czuć się jak kompletny kretyn?

              Stałem w ciasnym mrocznym przedpokoju swojej kawalerki, która wyglądała… obco. Zamiast przymocowanych do ściany haczyków, na których samotnie wisiała nie sprzątnięta od wiosny kurtka, ujrzałem rosochaty drewniany wieszak z beżowym płaszczykiem i parasolem. Na podłodze leżał kolorowy dywanik. W kuchni – z tego, co zdążyłem zobaczyć – też wszystko było nie tak. Na przykład, zniknęła lodówka. Zamiast niej stała z rondelkiem w ręku młoda nieładna dziewczyna w podomce. Na mój widok wrzasnęła i upuściła rondelek.

               Mam cię, łachudro! – krzyknąłem.

              Dlaczego łachudro? Skąd mi się wzięło to słówko? Nie miałem pojęcia.

               Na co pan sobie pozwala?! – zawołała dziewczyna. – Proszę stąd wyjść, bo wezwę milicję!

              Wziąwszy pod uwagę, że telefon wisiał przy drzwiach, jej obietnica była nie tylko bezczelna, ale w dodatku zbyt pochopna. Zajrzałem do pokoju – żadnych pomocników dziewczyny tam nie było. Był za to Keszju na kanapie – na nie mojej kanapie! Keszju głośno szczekał – chwała Bogu, cały i zdrowy!

              No nie, wynieśli wszystkie meble? Jak długo nie było mnie w domu, pięć, sześć godzin? A oni nie tylko zdążyli wynieść moje, ale i przynieść inne

               Milicję? – powtórzyłem. – O, milicję to ja wezwę!

              Podniosłem słuchawkę i wykręciłem zero-jeden. Dziewczyna przestała krzyczeć, teraz patrzyła na mnie w milczeniu. Keszju nie przestawał szczekać.

               Straż pożarna, słucham – rozległo się w słuchawce.

              Nacisnąłem widełki i wykręciłem zero-dwa. No co, każdemu się może zdarzyć. Nie co dzień człowieka okradają, w dodatku tak wymyślnie.

               Milicja? Zostałem okradziony – powiedziałem szybko. – Proszę przyjechać jak najszybciej. Studienyj projezd

               Co pan, chory? – zapytała dziewczyna. Chyba już się uspokoiła. – A może pijany?

               Pijany, naćpany, upalony – potwierdziłem złośliwie, odkładając słuchawkę. – Jasna sprawa.

               Kirył? – usłyszałem za plecami.

              Odwróciłem się i z radością spostrzegłem na schodach sąsiadkę. Kłótliwa kobieta o imieniu Galina kochała plotki i nienawidziła sąsiadów. Ale teraz w przedsmaku nowego tematu do rozmów jej twarz wyrażała autentyczną ciekawość i sympatię.

               No, niech pani tylko popatrzy, Galino, co się wyprawia! – powiedziałem. – Przychodzę do domu, a tu złodziejka!

              Na twarzy sąsiadki pojawił się zachwyt połączony z lekkim niepokojem.

               To może by milicję wezwać, Kiryłuszka, co?

               Już wezwałem – uspokoiłem ją. – Będzie pani świadkiem?

              Sąsiadka skinęła głową i udała, że robi zamach w stronę dziewczyny.

               Uch ty, łachudro jedna! W zeszłym roku mi taka portmonetkę z torby ukradła na targu!

               Ludzie, czy wyście powariowali? – powiedziała spokojnie dziewczyna. Wyjęła paczkę papierosów, zapaliła. W pokoju nadal szczekał dzielny Keszju. – Keszju, cicho bądź! – zawołała dziewczyna i pies natychmiast zamilkł.

              Osłupiałem. Sąsiadka popatrzyła czujnie na dziewczynę. Nienawidziła mojego psa, podobnie jak każdej żywej istoty w tym domu, ale

               To twoja dziewczyna?

               Co takiego? Ta? – Aż się zakrztusiłem urażony. Wiedziałem, że w oczach sąsiadki każdy młody mężczyzna to samiec, a już kawaler to mieszanka Casanovy z Kaligulą. Ale żeby podejrzewać mnie, że przyprowadziłem do domu tę bezbarwną istotę z rudymi włoskami i piegowatą gębą? – Pierwszy raz ją na oczy widzę!

               To ja pana widzę po raz pierwszy – wtrąciła nie wiadomo po co dziewczyna. – Nie wiem, co chce pan osiągnąć, ale lepiej niech się pan wynosi z mojego mieszkania.

               Kirył tu czwarty rok mieszka. – Sąsiadka od razu stanęła w mojej obronie. W tej chwili byłem gotów powiedzieć, że stara plotkarka jest godna najwyższego szacunku. – Rodziców ma bogatych, to i kupili synkowi mieszkanie, wyremontowali, urządzili. Inni przez całe życie cudze kąty wycierają, a tu taki młody i już ma mieszkanie.

              Nie, chyba jednak pośpieszyłem się z tym chwaleniem sąsiadki. Co ją to obchodzi, kto mi kupił mieszkanie? Sama dostała od państwa trzypokojowe, za nie wiadomo jakie zasługi na niwie robót.

               Powariowali – skomentowała dziewczyna. – Albo jedna szajka.

              Galina klasnęła w ręce w niemym oburzeniu i zaczęła dzwonić do sąsiednich drzwi. Ja i dziewczyna mierzyliśmy się złym i podejrzliwym wzrokiem. Ani ona, ani ja nie ruszaliśmy się z miejsca, dziewczyna paliła już drugiego papierosa, a ja obracałem na palcu kółko z kluczami.

               Mamy nie ma – poinformowała Galinę córka sąsiadów zza uchylonych drzwi. – A tata śpi po pracy.

               Obudź tatę, tu sąsiada okradają! – zadysponowała Galina.

              Dziewczyna wyjrzała, pisnęła „dzień dobry” i schowała się w mieszkaniu, nie zapominając zamknąć drzwi. Galina od razu skomentowała:

               Już my znamy tę pracę… Uchlał się jak świnia, to teraz śpi.

              Drzwi znowu się otworzyły. Wyszedł sąsiad – w bokserkach, podkoszulce i boso. Ma pod czterdziestkę, ale wielki z niego chłop i chyba w tej chwili miał wielką ochotę komuś przyłożyć.

               Dzień dobry, Piotrze Aleksiejewiczu! – wypaliła sąsiadka. – Widział pan, co tu się wyrabia?! Okradają naszego chłopca w biały dzień!

               Już wieczór – burknął Piotr, odsuwając sąsiadkę. Podszedł, zajrzał mi przez ramię i zapytał: – Potrzebna pomoc?

               Zaraz przyjedzie milicja.

              Sąsiad skinął głową i powiedział ze smutkiem:

               Szkoda, że to kobita. Chłopu byśmy zaraz w mordę dali, na początek.

              Dziewczyna zbladła.

               A może by jednak dać? – zastanawiał się Piotr.

              Ale wtedy zahuczała winda i sąsiad zamilkł. Kilka sekund później na piętrze pojawiło się trzech milicjantów. Dwóch miało automaty, ale widocznie doszli do wniosku, że na razie nie ma do kogo strzelać, i zastygli niczym warta honorowa. Trzeci, widocznie najstarszy stopniem, zwrócił się do mnie:

               Kto wzywał milicję?

               Ja.

               To pańskie mieszkanie? – spytał, wskazując głową drzwi.

               Tak.

              Dziewczyna w środku zaśmiała się histerycznie.

               Jego, jego – potwierdziła Galina. – Jesteśmy sąsiadami. I świadkami!

               Starszy sierżant Dawydow. Poproszę dokumenty – polecił, nie próbując na razie wejść do mieszkania. – Od wszystkich!

              Sąsiedzi pobiegli do swoich mieszkań. Nawet ospały Piotr Aleksiejewicz przyśpieszył kroku. Wyjąłem dowód i podałem milicjantowi, wyjaśniając urywanie:

               Wracam z pracy, drzwi otwarte… Bałem się o psa, przecież takie bydlaki mogłyby go zabić

               Psa należy trzymać takiego, żeby przestępca moczył się w spodnie, kiedy usłyszy jego szczekanie – powiedział milicjant i zerknął na dziewczynę. – Albo pod spódnicę… Taak. Kirył Daniłowicz Maksimow. Zameldowany w Moskwie, Studienyj projezd, dom numer trzydzieści siedem, mieszkania osiemnaście. Tak. No cóż, wszystko jasne.

              Wyszli sąsiedzi z dowodami.

               Będziecie państwo świadkami – powiadomił ich Dawydow. – Wchodzimy do mieszkania?

               Wchodzimy – powiedziałem ze złośliwą radością. – Wyobraża pan sobie, wynieśli moje meble i przynieśli swoje.

               Bezprawne zajęcie mieszkania – wtrącił milicjant z automatem.

               Wnioski pozostaw sędziom – przerwał mu starszy sierżant.

              Weszliśmy do mieszkania. Keszju znów zaczął ujadać. Dawydow popatrzył na niego i pokręcił głową. A potem powiedział uprzejmym tonem:

               Pani dokumenty.

               Są w torebce, na wieszaku. – Dziewczyna skinęła głową.

               Proszę wyjąć.

              Dziewczyna wyjęła dokumenty. Teraz patrzyła na mnie jakoś dziwnie.

              Starszy sierżant oglądał jej dowód dobrą minutę. Potem podszedł do okna i kolejną minutę oglądał go przy słabym świetle kończącego się dnia. W końcu gwizdnął przeciągle i popatrzył na mnie z zagadkowym uśmiechem.

               Tak, trzecia ulica Budowniczych, obywatelu Maksimow.

               

 

              * * *

 


              Dziewczyna nazywała się Natalia Iwanowa. Lat dwadzieścia jeden, pięć lat młodsza ode mnie. Zameldowana w moim mieszkaniu.

              Teraz siedzieliśmy w kuchni przy stole – ja, Natalia i starszy sierżant.

              Przez chwilę Dawydow oglądał dowód, potem zapytał:

               I naprawdę się nie znacie?

              Nawet nie odpowiedziałem. Dziewczyna też nie.

               Kto tu mieszka? – zapytał sierżant sąsiadów.

...

Zgłoś jeśli naruszono regulamin