ocr.pdf

(6370 KB) Pobierz
BIBLIOTECZKA MŁODZIEŻY SZKOLNEJ.
Anczyc W. L. Żółw i Makolągwa, powiastka.
Amicis E. Moi koledzy.
— Mały patrjota.
Chrząszczewska J. Szare kaczątko. — Duże i Małe.
— Królestwo grzybqw. — Tocia.
— Bal u pani Żaby. — Czarodziejska kukułka.
Andersen H. Historja roku. — Dziewczynka z zapałkami.
— Brzydkie kaczątko.
— Ropucha. — Krasnoludek.
Niewiadomska C. Za późno.
— Lat temu 900.
— Słoneczko. — Na świeżem sianku.
Kipling R. Bracia Mowlego.
— Rikki-tikki-tavi.
Zaleska M. J. Obłoczek. — Przygody Rodziny Jdżów.
— Wędrówka Celinki. — Wieszczka okruszyn.
— Wojtuś. — Michałek. — Podejrzenie.
Daudet. Oblężenie Berlina.
— Koza ojca Bartłomieja. — Ze wspomnień kuropatwy.
Kraszewski J. I. Królewicz Bolko.
Niewiadomska C. Wnuczka Kazimierza.
Sienkiewicz H. Pod Zbarażem (z pow. Ogniem i Mieczem).
Teresa Jadwiga. Rycerz błękitny.
— Słowianie: uroczystości i obrzędy.
— Bolesław Chrobry.
Bukowiecka Z. Zalew kopalni.
— Legendy górnicze.
Warnkówna J. Wędrówka kwiatów.
— Na łące. — Amator jajecznicy.
Weryhówna M. Sierota. — Nad Wisłą. — Sikoreczka.
Szymanowska Z. Bez.—Scyzoryk.—Biczyk—Sukienka.
— Niewidomy. — Kraszanki.
— Rodzina królików. — Muszka i pająk.
Jachowicz St. Bajki i wiersze (wybór).
Chęciński Jan. Wybór wierszyków.
Niewiadowska C. Bardzo dawno. — Królestwo skał.
— Przyjaciółki. — Waluś.
— Bez przewodnika.
Lenartowicz T. Zachwycenie.
Kondratowicz L. (WŁ Syrokomla). Janko Cmentarnik.
Cawalewicz M. Królowa niebios. Legendy o M. B.
Morawska Z. Koronacja Zygmunta Augusta.
Lenartowicz T. Wybór poezyj.
Kondratowicz L. (Wł. Syrokomla). Wybór poezyj.
Hoffmanowa Kłem. Wybór powiastek.
— Dziennik Franciszki Krasińskiej.
— Listy Elżbiety Rzerzyckiej.
Chrząszczewska Jadwiga. Upał. — Sosna.
Krakowowa Paulina. Wybór powiastek-
Andersen H. Kwiaty Idalki.
1
2,
3,
4.
5.
6.
7.
8.
9.
10.
11.
12.
13.
14.
15.
16.
17.
18.
19.
20.
21.
22.
23.
24.
25.
26.
27.
28.
29.
30.
31.
32.
33.
34.
25.
36.
37.
38.
39.
40.
41.
42.
43.
44.
45.
46.
47.
48.
49.
50.
51.
52.
BIBLIOTECZKA MŁODZIEŻY SZKOLNEJ Nr. 148
CECYLJA NIEWIADOMSKA
E6ENDY, PODANIA
OBRAZKI HISTORYCZNE
XVII
POWSTANIE 1863 R.
iii
NAKŁAD GEBETHNERA I WOLFFA
WARSZAWAraLUBLINraŁÓDŹraPOZNAŃ
KRAKÓW, rara G. GEBETHNER 1 SPÓŁKA.
*
— Coś. — Len.
— _Cień. — Śpiewak z pod strzechy.
Amicis E. Na tonącym okręcie. — W szpitalu.
••••en
902349034.002.png
IHH
•? fi Pt
0
Na obczyźnie.
PIEŚŃ ŻOŁNIERZA.
Ja w tej izbie spać nie mogę,
Inną izbę daj, sąsiedzie!
Bo stąd okna są na drogę,
Tędy często poczta jedzie.
A gdy w nocy trąbka dzwoni,
Tak mi mocno serce skacze:
Myślę, że trąbią do koni,
I potem aż do dnia płaczę.
Oczy zamknę — to się marzy:
Nasze konie, chorągiewki,
Ognie nocne, krzyki straży
I wiarusów naszych śpiewki.
Ocykam się i w ocknieniu
Słyszę głos mego kaprala,
On mnie klaszcze po ramieniu:
— Wstawaj! jedźwa na Moskala!
I. m
Biblioteka Narodowa
Warszawa
,
Wstaję — aż ja w pruskiej ziemi!...
Już tam lepiej leżeć w błocie,
W chłodzie, głodzie i na słocie,
Ale w Polsce, między swemi.
Jużbym tej nocy nie zasnął,
A czekałbym na kaprala,
Gdyby znowu w ramię klasnął:
•— Wstawaj! pódźwa na Moskala?
Adam Mickiewicz.
30001003165174
Drukiem F. Wyzyńskiego i S-lsi, Warszawa, ul. Zgoda 5.
y^STS* X» 663Ì.0
902349034.003.png
_
4
-
— 5
-
Tak żali się, tak czuje żołnierz, który musiał
opuścić ojczyznę. Nie zbrakło mu odwagi ani męstwa,
pragnął oddać życie za wolność narodu, a dziś na
obcej ziemi, wygnaniec i tułacz.
Rozproszyła się po świecie armja polska, rozbro­
jono ją na granicy, i poszli w świat rycerze poświę­
cenia — na nędzę, na niedolę...
Pieśń tylko o nich śpiewa:
„A cóżeście, żołnierze, najlepszego zrobili? A cóż
na to Bóg powie, żeście Polskę rzucili?
Ale ułan nie słucha, krew zapiekła się w oku,
a źrenica tak sucha, jak broń jego przy boku. Cisnął
kaszkiet pod nogi, wicher rozwiał włos siwy: Bądź
zdrów, koniu poczciwy! tu się dzielą już drogi...
Odkąd słońce mi świeci, kraj raz trzeci upada,
i ta ręka raz trzeci oszczerbioną broń składa! Nie
dostaliśmy kroku, źle też płacą nam obu: dla cię
niema obroku, dla mnie niema i grobu!...
I zapłakał na boje, i o lancę tłukł głową, cho­
rągiewkę zdarł w dwoje i łzy otarł połową... I za­
wiązał garść ziemi, drugą ranę owinął, i w świat
ruszył z młodszymi i jak wszyscy gdzieś zginął".
W. Pol.
Pociesza nieszczęśliwych poeta Mickiewicz. I on
został tułaczem, chce dzielić ich dolę, chce z nimi
cierpieć, pokrzepiać ich duchem.
Sam chce zrozumieć, dlaczego stało się takie
nieszczęście? Wszak Bóg jest sprawiedliwy, dlaczego
dał zwycięstwo krzywdzicielom?
W najwyższym bólu woła:
Wtedy wydaje mu się, że zrozumiał Boga: Po­
lacy cierpią, bo są narodem wybranym, aby w na­
grodę za swoje zasługi jako przedmurze chrześcijań­
stwa, przez mękę i śmierć, jak Chrystus, odkupili
winy ludzkości. Dzieje Polski są powtórzeniem męki
Chrystusa: rozpięto ją na krzyżu, cierpiała, skonała
i została złożona w grobie.
Ale
„trzeciego dnia dusza powróci do ciała
i Naród zmartwychwstanie i uwolni wszystkie
ludy Europy z niewoli.
I przeszło już dni dwa: jeden dzień zaszedł
z pierwszem wzięciem Warszawy (Suworow);
a drugi dzień zaszedł z drugiem wzięciem War­
szawy; a trzeci dzień wnijdzie ale nie
zajdzie.
A jako ze zmartwychwstaniem Chrystusa
ustały na ziemi całej ofiary krwawe, tak ze
zmartwychwstaniem Narodu polskiego ustaną
w Chrześcijaństwie wojny".
Zapowiada więc Mickiewicz nową walkę, modli
się o nią:
„Panie Boże wszechmogący! Dzieci narodu wo­
jennego wznoszą ku Tobie ręce bezbronne z różnych
końców świata. Wołają do Ciebie z głębi kopalni
syberyjskich i ze śniegów kamczackich i ze stepów
Algieru i z Francji, ziemi cudzej. A w ojczyźnie na­
szej, w Polsce wiernej Tobie, niewolno jest wołać do
Ciebie; i starcy nasi, kobiety i dzieci modlą się do
Ciebie w skrytości, myślą i łzami. Boże Jagiellonów!
Boże Sobieskich! Boże Kościuszków! zlituj się nad
ojczyzną naszą i nad nami. Pozwól nam modlić się
znowu do Ciebie obyczajem przodków, na polu bitwy,
z bronią w ręku, przed ołtarzem, zrobionym z bębnów
i dział, pod baldachimem, zrobionym z orłów i cho-
t
„Nazywam się Miljon, bo za miljony
Kocham i cierpię katusze!
Patrzę na ojczyznę biedną
Jak syn na ojca wplecionego w koło!"
I przychodzi mu nagle myśl dziwna: czyż cier­
pienie jest karą od Boga zesłaną? Czyż nie cierpieli
święci, a najwięcej Chrystus?
902349034.004.png
/'«>'*
u* #
— 7 —
-
6
Z ojców mych ziemi przez wroga wygnany,
Deptać musiałem obcych ludzi łany.
Z. K.
Pyszne gmachy Paryża rozłożyły się wspaniale
nad poważnie płynącą rzeką, jaśnieją w złotem słońcu
marmurami, wabią bogactwem wystaw, pomników,
pamiątek; ludno tu, gwarno, wesoło i jasno.
W oddalonej dzielnicy domy mniej ozdobne, ale
wysokie, jakby pięły się do nieba, już prawie chmur
sięgają. A na ulicy często słychać mowę polską: tu
skupili się widać nasi rodacy - wychodźcy, tu ich
najłatwiej spotkać.
Najłatwiej ich tu spotkać, bo mieszkania tanie.
Niepiękne, małe, ciasne i wysoko, — jak wysoko! —
ale na lepsze ich nie stać: — aby mieć dach nad
głową.
Takich ulic i takich domów poszukują Polacy,
którzy kraj opuścili po nieszczęśliwej walce w r. 1831.
Odwiedźmy z nich jednego.
Oto dom bardzo wysoki, nienowy, schody ciem­
ne i strome, ciasny korytarz i celki, każda z osob-
nem wejściem. W jednej z takich izdebek na podda­
szu, z niskiem oknem, bez pieca, widzimy tapczan
twardy, derką okryty starą, stół niewielki, trochę
kulawy, krzesło — i to już wszystko. A jeszcze
dzbanek z wodą i miska do mycia, lichtarz bez świe­
cy, szklanka.
To mieszkanie poety Goszczyńskiego, jednego
z tych, co w chłodny wieczór listopadowy stali
w Łazienkach pod pomnikiem Sobieskiego. l
Niejeden rok tu przeżył: tańszego mieszkania
nie mógł znaleźć w Paryżu. Dziś dzień zimowy,
chłodny, więc się nie podnosi z tapczana: niema po
co. Robota go nie czeka, ani śniadanie gotowe; od
kilku dni żył kawałkiem czerstwego chleba i wo­
dą, — wczoraj i chleba nie jadł, bo aie ma. I sił
nie ma do walki z zimnem, — pod derką na tapcza­
nie cieplej. Nogi mu spuchły, może już nie wstanie?
Jak Bóg zechce.
rągwi naszych; a rodzinie nasze] pozwól modlió się
w kościołach miast naszych i wiosek naszych, a dzie­
ciom na grobach naszych. A wszakże niech się stanie
nie nasza wola, ale Twoja. Amen".
Wszystkich pociesza myśl nowego powstania
i nowej walki, już teraz zwycięskiej. Nie po to wyszli
przecież, aby zginąć na obczyźnie, lecz aby wrócić
z siłą i zwyciężyć.
Wszystkie narody staną w obronie wolności,
a Polacy na czele. Wtedy spadną kajdany ze wszyst­
kich ludów uciśnionych.
Tę chwilę tak maluje poeta Słowacki:
„1 oto nagle z płomienistej zorzy wystąpił ry­
cerz na koniu, zbrojny cały, i leciał z okropnym
tętentem.
A w ręku rycerza była chorągiew, a na niej
trzy ogniste litery paliły się.
... I wołał grzmiącym głosem:
Oto zmartwychwstają narody! oto z trupów są
bruki miast! oto lud przeważa!
Nad krwawemi rzekami i na krużgankach pała­
ców stoją bladzi królowie, trzymając szaty na pier­
siach szkarłatne, aby zakryć pierś przed kulą świsz­
czącą i przed wichrem zemsty ludzkiej.
Korony ich ulatują z głów jak orły niebieskie,
i czaszki królów są odkryte.
Bóg rzuca pioruny na głowy siwe i na obnażone
z koron czoła.
Kto ma duszę, niech wstanie! niech żyje! bo jest
czas żywota dla ludzi silnych".
Tak malowało im przyszłość — marzenie.
Tern marzeniem krzepili ducha.
Lecz teraźniejszość?,..
902349034.005.png
— 9
-
— 8
skarby: rękopisy, księgi, zbiory, dokumenty. Czy je
odzyska kiedy? Włożył w nie tyle życia, tyle mozol­
nej pracy, ciągle ich potrzebuje, — lecz tutaj ich
nie ma.
Na ścianach izby mróz soplami lodu skrzy się
i świeci, na szczęście jednak atrament nie zamarzł.
Można pisać, choć ręce od zimna sztywnieją, jeszcze
pracować można.
Zgromadził trochę książek, leżą na . biurku, na
półce, tutaj mu chyba nikt ich nie zabierze, — nie
rozstanie się z niemi. Ostatni skarb, jedyny i drogo
nabyty!
Godzina południowa, gospodyni obiad przynosi:
herbata, suche grzanki.
Starzy ludzie niewiele potrzebują.
Znowu ktoś puka — gość. Dawny uczeń, przy­
jaciel. Ze zdumieniem patrzy na obiad i ściany.
— Mistrzu nasz — nie śmiem mówić, ale...
— Chcesz mię znowu stąd zabrać? Nie wy­
jadę. 1 niczego nie potrzebuję. Mam wszystko. Patrz,
jak moja praca rośnie! Pragnę tylko skończyć przed
śmiercią.
— Mając większe wygody, mógłbyś dłużej pra­
cować, profesorze. Przywiozłem ci właśnie bardzo
rzadki okaz, zdaje się — bardzo stary.
Oczy starca zapłonęły jasnym blaskiem, wy­
ciągnął drżące ręce, bierze stary pieniądz, ogląda go
z zajęciem.
— Gdybyś tylko pozwolił, profesorze — tylu
nas jest — wszystko, co do jednej kartki przewieźli­
byśmy sami.
— Ciekawa, rzadka sztuka, — nie mam takiej.
Dziękuję ci, bardzo dziękuję! O tamtem nie mów.
Nie chcę. I tak zabierzecie mię wkrótce.
Chłodny, ostry wiatr przenika na poddasze,
zimno tutaj i cicho, jakby się świat skończył. Wygna­
niec patrzy w niebo przez małe okienko, a w my­
ślach jego spokój...
Dzień się kończy, mrok idzie i noc zimowa
długa, a jutro znów to samo. Dawniej czasem dosta­
wał chwilowe zajęcia: jakieś lekcje, pisanie, lecz co­
raz trudniej o to, — tyle nędzy i potrzebujących.
Ktoś puka, wchodzi. To żona towarzysza broni,
Nabielaka.
— Chorzy jesteście, panie Sewerynie? — pyta
z troską i serdecznością.
— Nie. Co u was słychać?
— Głód i bieda. Ale może wam gorzej ? Jedli­
ście dziś?
— Nie jadłem i wstać mi się nie chciało:
wstydzę się tego, to lenistwo, to niezgadzanie się
z losem. Wstyd mi. Miałem sobie dzisiaj naprawić
trzewiki, a nie zrobiłem nic. Dziękuję, żeście przy­
szli — to mnie zawstydziło, jutro wezmę się do
roboty.
Kobieta ma łzy w oczach. I ona też głodna,
myślała, że ten biedak podzieli się z nią chlebom.
Ha, trzeba jutro coś zdobyć dla niego, bo jest
z tych, co w milczeniu — umierają.
I nietylko on jeden.
Na poddaszu w Brukselli, w niewielkiej izdebce,
przy stoliku, założonym papierami, poważny starzec
siedzi pochylony. Twarz spokojna, gęsto zmarszczka­
mi okryta, włos biały, wzrok utonął gdzieś daleko,
lecz myśl widocznie pracuje w skupieniu, z natęże­
niem, może z wysiłkiem.
To Joachim Lelewel, ukochany przez młodzież
polską nauczyciel, uczony i historyk, z przekonań
demokrata, rewolucjonista.
Dziś tułacz. Pozostała mu praca jedynie, którą
ukochał, która mu życie wypełnia; ale trudno praco­
wać na obczyźnie. Tam w Warszawie zostały jego
Straszna nędza pośród „pielgrzymstwa" ') pol­
skiego.
Francja gościnności im nie odmówiła, wy-
') Tak nazwał Mickiewicz wychodźców z kraju po r. 1831.
902349034.001.png
Zgłoś jeśli naruszono regulamin