Konopnicka Maria - LUDZIE I RZECZY.rtf

(840 KB) Pobierz
Konopnicka Maria

Konopnicka Maria

LUDZIE I RZECZY

 

 

Kto Akwileę chce zwiedzie, niech przede- wszystkiem weźmie z sobą choć tyle, ile najwstrzemięźliwszemu z arabów do posiłku trze­ba: garść daktyli i jęczmienny placek. Łatwiej tu bowiem o stary sandał patrjarchy, niż o clileb, i o gwoźdź z podkowy Atyif, niż o kawałek mięsa.

O              hotelach, łóżkach, pokojach także tu nie marzyć. Kto chce spocząć, siada na pierwszym lepszym sarkofagu i patrząc na czarne wianki kawek, oblatujące szczyty starej Campanilli, my­śli o rzeczach świetnych a ininionych; kto chce się wyciągnąć, czyni jak pierwsza lepsza kolum­na, upada w trawę i gałązkom powoju pełzać po sobie pozwala.

Chce pić — przychyla do ust opartą gdzieś

o              płot wysmukłą rzymską amforę i pije, jak ptak wodę, która z nieba spadła; a chce za gościnę dziękować, obraca mowę do popielnic, które po

warzywnych sadach ciche stoją, ukazując z pod okrągłych pokryw czarne, zasnute pajęczyną wnę­trza, a w nich nieco prochów tych, co tu pana­mi byli. Dziwne miasto! Dwie cywilizacje, je­dna na drugiej pod niem leżą, a na obu rozko- rzeniły się cyprysy i bluszcze. Nie skonało gwał­towną śmiercią jak Pompeja i jak Herkulanum; nie zachowało w czystości zagrobowego piękna dawnych swoich rysów: ani tych, w kamei cię­tych, jakie miało za Cezarów; ani tych wpół mni­szych, a wpół wojowniczych, jakie na niem pa- trjarcnat wycisnął.

Zmieszane, zbite, stłoczone, wieki na wiekach tu leżą, nie syn po ojcu, jak je rodzi czas, ale jak je stratował i skopał biały koń Atylli, co kopyta­mi w piorunowych błyskach spadł na rzeczy ży­we i umarłe, razem je druzgocąc pod jakiś nowy, wielki posiew życia.

Ale życie cofnęło się przed tym gwałtem i no­wego posiewu nie dało.

Pustka było imię tego, co tu przyszło przesie­wać widmową dłonią popioły, po owej pożodze, którą sobie wielki barbarzyńca podesłał pod nogi, górę sypać dawszy tam, gdzie teraz dawny Castel nad Udino sterczy, by mieć u stóp widzenie ogni­stego morza, gdy się płomień na białość marmu­rowej Akwilei rzuci, i upajać się dymem śmierci, z tej olbrzymiej kadzielnicy płonącego grodu, nad którym orzeł nagłą jasnością z gniazda swojego ruszony, bił skrzydłami od wschodu słońca do za­

chodu słońca, myśląc, że jest zorzą. Aż zmor­dowawszy loty, oparł je na czerwonych łunach, spadł piersią w plomienisko i tak się dokończył.

Dziwne miasto! Zrzuć z piędzi ziemi barwin­ki, co ją modro kwiecą, i wiosenne darnie, rozkop ją przed sobą głęboko, a dobierzesz się do jakie­goś akweduktu z czasów Augusta lub Trajana, do potrzaskanych mozaik jakiegoś atrium, do maszkar jakiegoś impluvium, do cokulu zgrucho- tanego posągu, do pogrzebanych podstaw kolum­ny, do opadłych z czoła świątyni fryzów.

A na tem wszystkiem pokład skruszałych mar­murów, prochów ludzi i zwierząt, spalenizna ko­ści, cały ten żywy humus historycznej gleby, na którym korzeniło się i bujało bliższe ciebie życie: życie, co także już rumowiskiem jest tylko. Tu ci więc z pod nóg wyjrzą połamane płyty grobowe, znaczone palmą, oliwną gałęzią, rybą i swasty­ką; tu rozbite ręce grubo ciosanych posągów, z bizantyńska, dwoma palcami błogosławią poko­lenia mar dawno minionych; tu zaszłe mułem czaszki, których usta wołały: “Chryste! Chryste!* usta, których prochu nie rozróżnisz w tej kostni­cy wieków od prochu liszki ziemnej i szarańczy wietrznej. A na tem znów zwir i glina i kamień i pot nędzarzy, uprawiających te grobowe ziemie, aby na nich siać i żąć, a nędzę swoją podeprzeć jeszcze na czas mały.

Dziwne miasto! Wskroś dawnych jego ulic woły płowe zaorują skiby; bazylikę jego obeszły

zdziczałe pąstwistka; winnice na rynkach i pla­cach wyrosły, a wierzba puszcza latorózgi we wnętrzu komnat rozsypanych gmachów.

Szczere pole rozwiodło, rozepchnęło sobą da­wne jego części. Po ugorach, po haszezach, po zarosłych cierniem wertepach szukać trzeba jego obwodu, jego starych granic. “Monastero,“ dziś osobna osada, obrosła ubogiemi siedzibami ryba­ków, jak grzybem, to jeden z dawnych klaszto­rów miasta, odcięty od niego teraz uprawami ku­kurydzy i koniczyn. Idź dalej jeszcze na wschód, w kierunku dawnej “via Gemmina“ rzymskiej, a napotkasz folwarczne podwórze, u którego wrót, po obojej stronie stoją dwie korynckie ko­lumny. Siwe jałowice przychodzą sięczochać o ich złotawy marmur, kiedy je pastuch do obory pędzi. Idź na północ, a ogarną cię role ciche i bezpło­dne, na których chudą trawę gryzą chude kozy; co gdy miniesz, obaczysz w pustce kilka nędz­nych domostw, w miejscu, gdzie dawniej była brama miasta: dotąd noszą one nazwę “Ali’ porta Acjuileia.*

Idź na południe, a zajdziesz w karczowiska, które, nim na nich las porósł ten, co go już nie­ma, były miejscem, gdzie stała świątynia przez celtów czczonego Apolina-Belena, na południo­wym obwodzie miasta, nieopodal amfiteatru, wzniesiona. Z świątyni ocalały fragmenty rzeź­by i ofiarne ołtarze: o amfiteatrze świadczy jedna

tyłku marmurowa deska, której grecki napis opo­wiada o pięknej Bazylii, rozkoszy oczu widzów tu i w Taorminie, aktorce niezrównanego wdzię­ku. która, młodo umierając, urnę z popiołami swe- mi pod sceną amfiteatru w Aąuilei pogrzebaną mieć chciała. Deska ta może oznaczała miejsce, gdzie owe wdzięczne popioły spoczęły.

Dziwna rzecz! Kiedy z takiego amfiteatru nie zostało nic, a z świątyni drobne tylko okruchy, tu owdzie między karczowiskiem widać wielkie, ciężkie, z szarych głazów budowane rudery, któ­re jeszcze krzepko stoją, choć sądząc z ich prze­znaczenia, co najmniej współczesne amfiteatrowi być musiały. Są to koszary kamienne, w których na noc zamykano niewolników, używanych do osuszania bagien i uprawy pól, owych to “Colo- ni“, skupowanych w Panonii, Noryce i Sławo­nii. Właściwie mówiąc, nie jest to nawet dziw- nem. Z marmurów Akwilei budowała się przez długi czas Wenecya i zdobiła niemi, zabierało je Udine i inne, co bliższe miasta. Kiedy trawa po Hunnach zarosła, nieszczęsny gród zburzony stał się wprost łomami marmuru, z który cli brał kto chciał i jak chciał korzystał. Ale rudery owe kamienne nie budziły niczyjego pożądania i tak przetrwały.

A w niej przetrwał jęk, który, gdy idziesz mi­mo, a duszę masz echową, dziś jeszcze odbija się w niej skargą. I stajesz wtedy i słuchasz, bo ci się zdaje, że słowa tej skargi rozumiesz...

I tak jest! Slatus sclavus tu jęczał, jego to głos przywarł do tych kamiennych murów.

Akwileja za swoich świetnych czasów pod pa­nowaniem Trajana prowadziła szeroki handel winem i oliwą, za które w zamian brała niewol­ników i bydło. Nie wiem, jak się tu działo by­dłu na tych chudych i bagnistych paszach, ale z napisów na płytach grobowych zebranych w muzeum widzę, że niewolników wyzwalano często. I tego nie wiem, co o tych częstych wy­zwoleniach historycy mówią, ale gdy wyzwoleń­cy do siedzib nie wracając tutaj wymierali, to wyobrażam sobie, że wyzwolenia te były częścio­we może tylko, i że się odbywały mniej więcej w ten sposób.

Slavus stclavus zjadany smutkiem marnie­je. Ma chleb, trochę wprawdzie ościsty i sple­śniały, ale zawsze chleb. Ma wodę, czasem trochę zatęchłą, ale zawsze wodę. W wielkie upały nawet mu do niej trochę octu leją. A je­dnak marnieje. Już w nim tej dobrej siły nie­ma, co przed rokiem; już mu twarz spadła, drżą ręce, oczy mgłą zachodzą.

—■ Co ci to, niewolniku? — pyta pan. Slatms sclaoiis ma pana wyrozumiałego, jaki się często za zbożnej dynastyi Antoninów trafiał.

—              Czyś głodny?

—              Nie głodnym, panie.

—              Czyś chory?

—              Nie chorym, panie.

—              Czemu więc twarz twoja spadla, a dobrej siły niema w ręku twoich? Oto cielec, któregom razem z tobą kupił; rośnie pięknie i* już rogi puszcza. Dlaczegóż z ciebie nie mam tej ko­rzyści?

—              Za wolą tęsknię, panie!

• Pan zamyśla się, milczy przez chwilę, aż rzecze:

—              Za wolą tęsknisz? Nie mogę tracić ceny tych łagwi oliwy i wina, którem za ciebie dał. Skoro jednak marniejesz, coś stracić muszę, bym nie utracił wszystkiego. Słuchaj tedy, co uczy­nię: Wolę ci dam i nie będziesz się liczył mię­dzy niewolników; postronek, który na szyi nosisz, zdjąć każę. Uprawiać będziesz pole moje przez dni cztery; przez dzień Marsa, przez dzień Satur­na, przez dzień Jowisza i przez dzień Wenery; przez resztę dni rób co chcesz i pracuj jako chcesz na wyżywienie swoje.

Slavns padał do nóg panu i wstawał—pierw­szym pańszczyznianym chłopem. Cztery dni obrabiał grunt pański, a piątego i szóstego, a tak­że i siódmego wolny sobie chodził, grając na pisz­czałce, uczynionej z trzciny, na blizkiem “Palu- di“ rosnącej, a krzepiąc tą odrobiną woli duszę swoją, o chlebie zapominał, tylko grał, grał, a na północ ze łzami poglądał.

Daleko mu było i teraz, co prawda, do rosną­cego i puszczającego rogi współtowarzysza doli, panońskiego cielca; ale choć przez trzy dni w ty­

godniu głodny, życie mial przecież w oczach, a tak rozegrał duszę, że gdy przyszedł dzień .Mar­sa i dzień Saturna i Jowisza i Wenery, przy ro­bocie śpiewał. Co słysząc pan jego, wysoko pod­nosił głowę, wydymał wargi i mówił: “Mój wy­zwoleniec śpiewa“. Tak jak teraz, dajmy na to, wydawca mówi: “mój poeta pisze“. A gdy sro­dze wychudły i nagiem ciałem świecący Slai-un sclums umierał, co zwykle czynił dość rychło w tych klimatach, które mu przyrodzone nie były, pan na kawale granitu albo marmuru pisać da­wał, jako umarł wyzwoleniec takiego to a takie­go zacnego kwiryty. Co widząc insi, jaka z tego chluba rośnie, iż to ludzi próżnych jak teraz, tak i za zbożnej dynastyi Antoninów było dość, toż samo czynili. Ile, że z podziwieniem przekonano się, jako wyzwoleniec przez dni cztery tyleż wy­konał pracy, ile Sclastw przez dni siedm wyko­nywał, co oczywiście poślednią pobudką ku szla­chetnym czynom żadną miarą być nie mogło. A tak się owych tablic za czasem sporo zebrało.

Do dzisiejszej Akwilei przybywa się od strony Bazyliki. Zdała już widać jej potężną Campanil- lę, wpośród pól płaskich, położystych, ku lagu­nom Adryatyku skłonionych. Dwa stołby kwa­dratowe jeden na drugim stoją, na ogromną wysokość z szarego granitu dźwignięte, ostrym dachem nakryte, arkadami pod nim rozświe­tlone, a jak baszty forteczne, gęsto wylotami strzelnic czerniejące. Z dzwonnicy tej otwiera

się widok ku wschodowi na Julijskie Alpy, a ku południowi na morze. Ziem wszakże na zachód leżących i na północ nie rozeznasz, taką ci się w oczach modrą mgłą ta dalekość czyni. Powia­dają, że kiedy z tej wysokości huczały wielka­nocne dzwony, to je w Wenecyi słychać było i w Tryeście. Teraz tej mocy głosu już nie ma­ją: dzwonników dawnych brakło.

Sama Bazylika, ciężka masa posiwiałych mu­rów, osiadła w ziemi tak, że wchodząc do niej, przestępujesz próg nizko, pod warstwą dzisiej­szego życia leżący. Ale ta zaklęsłość nie jest jej najdawniejszym poziomem. Więzienie św. Her- magorasa, w kryptę po jego męczeństwie zamie­nione i pierwotnem jądrem świątyni tej będące, leży niżej jeszcze. Leży tak nizko, jak wielkie płaskie kamienie starych rzymskich bruków, któ- retni na jakie dwa melry w głąb podesłane są winnice i pastwiska, zajmujące dziś pięć szóstych części dawnej Akwilei.

Jakiś wielki smutek, jakaś niezmierna melan- cholja leży w tej perspektywie głębokiej, pełnej jednostajnej szarzyzny, jaką tworzą trzy puste, bardzo długie nawy Bazyliki.

Idziesz, a razem z tobą zdają się iść te rzeź­bione figury sarkofagów, proste, sztywne, w or­nament architektoniczny wciśnione, same jeszcze z pi’zewagi ornamentu nie wyzwolone. Idą z tobą, czepiają się ciebie, stają się cieniem twoim. A wszystkie z ust twoich czekają użalenia, west­

chnienia, wspomnienia. A wszystkie z oczu twych patrzą współczucia, z niezmiernym smutkiem ka­mieni opuszczonych, nie wiedzących, po co się narodziły i żyją, i poco to życie tak bardzo po­dobne jest śmierci?

W pośrodku dwa przecudne kapitele, z ko- rynckich kolumn strącone, za kropielnice służą; dalej nizki starożytny ołtarz, po za którym absyd przyćmiony zasłoną poruszaną wiatrem, wcho­dzącym przez wybite szyby. W absydzie tym, na podwyższeniu, modli się ksiądz na pulpit skłoniony i z zakrytą twarzą. Mala lampa koły­sze czerwony płomyk tuż nad jego głową. Jest coś przejmującego w tej ukorzonej postaci, w tem oświetleniu, w tych szeptach chwiejącej się za­słony, w tym momencie całym.

Pod staremi murami, z których przeświecają gdzieniegdzie zblakle freski, z odpadłych tyn­ków, stoją marmurowe sarkofagi wielkich pa- tryarchów. Te sarkofagi są jedynym zbytkiem Bazyliki. Jedne stoją w kaplicach bocznych, dru­gie w chórze, na kolumienkach marmurowych podniesione, jak oavc grobowce z XIII-go wieku na placu Dominikańskim w Bolonii. Z niektórych zostały tylko marmurowe deski przednie rzeźbą zdobne. Na prawo taki sarkofag, podniesiony na czterech nadzwyczajnej lekkości kolumien­kach, zagrodzony jest od dołu z dwu stron mar- murowemi deskami, od wnętrza gładkiemi, a zew­nątrz zarzuconemi przebogatą rzeźbą liści, kwia­

tów, gryfów, lwów, jeleni, między któremi pow­tarza się postać orła, jako motyw przewodni, co wszystko obramia i dzieli niezmiernie delikatna i subtelna w prostocie swej plecionka geometry­cznych linij.

Wygląda to zdaleka jak płot rozgrodzony zblizka zaś oczu od tego oderwać nie można, takie to bujne, żywe, naiwne, takie wcale nie klasy­czne, a takie wdzięczne.

Główny korpus Bazyliki połączony jest rodza­jem perystylu, na kolumnach zbieranej drużyny opartym, ze starem Babtisterium. Jest to nie­wielka podłużna świątynia, w zupełnej ruinie sto­jąca, po za którą, w obmurowanym obwodzie, znajduje się prastara chrzcielnica, w której po­gan chrzczono: wiełkii ośmiokątna cysterna, ze stopniami wnętrznemi, aż do źródła wody chrztu, co tam z niej bilo .Wszystko to, zawalone dziś gruzem, wprost trudne do zwiedzenia; widok pu­stego po ołtarzu pierwotnym miejsca i wydartej mensy—nadzwyczaj przykry. W pośrodku świą- tyńki tej koło z kamienną Swastyką, a w niem wyobrażenie baranka: po kątach, po framugach okien okruchy marmurów, ułamki fresków, na­pisy, kości. Cały legion angielek miałby tu co na pamiątkę brać.

Przed kilkunastu jeszcze laty był tu tymcza­sowy skład wykopalisk, dobytych tak w Akwilei, jak w “Monastero“ i w “Colombara", dawnem Columbarium rzymskiem, które to wykopaliska

znalazły teraz pomieszczenie w nieopodal stoją­cym muzeum. Nim owo muzeum zbudowane zo­stało, radzono sobie z owemi skarbami rozmai­cie. Jedni mieścili wykopane rzeźby i urny pod ścianami domów, w ogrodach, w kramach, w po- mieszkaniach. Inni sprzedawali kolekcyonistom takim, jak Ritter-Zahony, albo jak Eugen-Rit- ter; jeszcze inni roztłukiwali urny kamieniami, patrząc, ażali w nich skarbów jakich niema. Ale był tu inżynier Hieronim .Moschettini, który z takich ułamków wielki kawał muru zbudował, na cement wziąwszy kolumny, kapitele, głowy .Meduzy, satyrów, torsy, konie, urny, płyty gro­bowe, dzbany, lampy, posągi, wszystko, co mu się zgromadzić udało.

Proszę sobie wyobrazić taki galimatias!

I stał ten mur dość długo i może niejeden z tych, co te kartki czyta, widział go na własne oczy. Ryło to zapewne najosobliwsze muzeum, jakie powstało kiedykolwiek w Europie, a cho­ciaż dobry smak oburza się na taką “kamienną marmeladę“, jak opowiadający o murze tym Majonica, konserwator obecnego muzeum, go zowie, ja żałuję, żem tego nie widziała. Bo co to za fantazya, proszę! Jaki bujny barok! Te­raźniejsze muzeum mieści się w siedmiu dobrze pełnych salach, z których dwie do owych li.it- terów należą. Ale nie wszystko tam się mieści Popielnice, urny, kolumny, sarkofagi, amfory pod golem niebem stoją, zajmując klomby

; trawniki w obrębie muzeum. Typ wykopa­lisk tych i tych zabytków nie ma w sobie nic bardzo znamiennego; znaleźć tu można to wszyst­ko mniej więcej, co się znajduje po innych zbio­rach tego rodzaju w miastach włoskich. Na wzmiankę zasługuje wszakże ogromna obfitość płyt i napisów grobowych, które wprost z bo­gactwem Muzeum Lateraneńskiego w Rzymie porównana być może.

Po za tem i tu, jak wszędzie na tych klasy­cznych ziemiach, wiele bardzo ciekawych frag­mentów rzeźby, przeważnie dekoracyjnej; na wszystkich niemal wszakże znać, że je dobywa­no w sposób nieumiejętny i całkiem dorywczy. Uwagę turysty zwracają głównie na dwa ol­brzymie posągi cezarów: Tyberyusza, występu­jącego jako Pontifea maximu* w todze na głowie, i w akcie czynienia libacyi bogom — jeden, a Kiaudyusza w Cesarskiem “Palliuin“—drugi; na wdzięczną Wenus, bez rąk i bez głowy, w ta- kiemże przygięciu ciała, jak kapitolińska, tudzież na tors męzki w silnem naprężeniu muskulów i w śmiałym ruchu szyi, tem ciekawszy, że z nieskończonego jeszcze posągu pochodzący i zdradzający technikę starej szkoły swojem punktowaniem.

Jabym dodała do tego wyborną, lubo uszko­dzoną silnie grupę dwóch młodych satyrów jadą­cych na jednym ośle, tudzież bachantkę z od­rzuconą w tył głową, płaskorzeźbę tak delikat­

ną, że zdaje się być cieniem rzuconym na bia­łość marmuru.

Najcenniejsze przedmioty dobyto z grobow­ców: tych przynajmniej nie eksploatowała Wene- cya. Odznaczają się szczególniej wytworne Jnta- glios, kamienie rznięte, równie jak drobne figur­ki z bronzu, kości i bursztynu. Specyalnością starej Akwilei zdają się być te wyroby z bur­sztynu; ciekawe są zwłaszcza pierścienie z po­piersiami do trzech cali Avysokości mającemi, tak że pierścień podobny w żaden sposób do no­szenia służyć nie mógł, ale był raczej pamiąt­kowym klejnotem, który w urnę zmarłemu kła­dziono. Zbiory Akwilejskie łzawnic, popielnic szklanych, amfor z terrakoty i lampek, tak z po­...

Zgłoś jeśli naruszono regulamin