Stefan Kisielewski
Abecadło Kisiela
Jak powstało "Abecadło"? Pomysł był dziecinnie prosty: równie prosty jak samo abecadło. Jakiś czas temu reżyser Marian Terlecki postanowił zrobić film o Kisielu i zaprosił mnie do współpracy. Już w trakcie kręcenia zdjęć okazało się - co zresztą zupełnie oczywiste - iż główny bohater wplata we własną biografię niezliczone anegdotki i wspomnienia dotyczące ludzi, z którymi miał do czynienia w najrozmaitszych okolicznościach. Opowieści te rozsadzały wprawdzie zaplanowane ramy filmu, lecz były tak smakowite, że dla ich ocalenia przystąpiliśmy niezwłocznie do robienia filmu następnego. Zasiadłem więc przy Kisielowym stole, rozmiarami przypominającym boisko do piłki ręcznej, i naprędce nabazgrałem na kartce z górą sto nazwisk. Czujne pióro gospodarza skreśliło z tej prowizorycznej listy paru delikwentów (zgadnij Koteczku - kogo mianowicie?), lecz w zamian dopisało kilkunastu innych godnych uwiecznienia. Następnie, przy użyciu metod niegodnych i podstępnych - niskie pochlebstwa, szantaż moralny, obiecywanie gruszek na wierzbie etc - udało się Mistrza skłonić do pokąsania dalszych stu kilkudziesięciu bliźnich. Książeczka niniejsza stanowi zatem wierny zapis Kisielowej gawędy, zubożonej tylko o charakterystyczne chrząknięcia, sadystyczne pomruki oraz błogie westchnienia. Odstąpiliśmy też od nazbyt rygorystycznych poprawek faktograficznych i od fryzowania wypowiedzi niedość uładzonych. W zamian może choć w części udało się ocalić niepowtarzalną swoistość stylu, klimat i ton tej narracji. To w istocie "pamiętnik mówiony", i jako taki powinien zachować właściwości gatunku. A więc nie tyle statecznie uporządkowany "Alfabet wspomnień", ile raczej "Abecadło" i to takie, co właśnie z pieca spadło; w dodatku na łeb, na szyję. Zarazem śmiem przecież twierdzić, że te swobodnie snute opowieści mają wagę dokumentu historycznego, choć nie obarcza ich bagaż solennych przypisów ani aparatury bibliograficznej. Ich walor leży gdzie indziej. Te dykteryjki przywracają naszym współczesnym dziejom - tak uładzonym i tak doskonale bezosobowym - normalny, ludzki wymiar. Kisiel spersonalizował polską historię. Właśnie tak, uczłowieczył ją i zhumanizował, gdyż ten mądry prześmiewca wie dobrze, iż za każdym procesem dziejowym, za każdym politycznym faktem - kryją się żywi ludzie z krwi i kości. Jest to rzecz o biskupach i mężach stanu, policjantach i opozycjonistach, pisarzach i dyplomatach, komunistach - by użyć porównania samego Kisiela - tak czerwonych "jak kardynałowie łowiący raki w Morzu Czerwonym" i reakcjonistach tak czarnych "jak Murzyni czyszczący komin z sadzy w noc bezksiężycową". W tym samym wszakże stopniu jest to rzecz o Stefanie Kisielewskim, który współczesną historię Polski nie tylko w sobie właściwy sposób opisuje, ale który także ją współtworzy już od półwiecza. Pierwszy felietonista Rzeczypospolitej swoje 250 ofiar potraktował w gruncie rzeczy łagodnie. Jego niewyparzony język kłuje, ale nie rani. Bowiem Kisiel, przy całej drapieżności i sarkazmie, kompletnie wyzuty jest z jednego, bardzo ludzkiego uczucia. Uczucia nienawiści wobec bliźnich. Rozprawia się z nimi zarazem zgryźliwie i dobrodusznie, z przekąsem i wyrozumiałością. Leje im miód na serce i natychmiast doprawia szczyptą soli z pieprzem. Smacznego!
Tomasz Wołek
Proszono mnie, żeby się wypowiedzieć o różnych ludziach. Sprawa jest ryzykowna, ale trudno. Więc spróbuję, według alfabetu.
A
Jerzy Andrzejewski - znałem go chyba 55 lat, był to mój przyjaciel, ale nie bardzośmy się lubili. Może to wynikło z różnicy usposobień i temperamentów. Prawdziwą pretensję miałem do niego o powieść "Popiół i diament", bo uważam, że ona zafałszowała obraz Polski bezpośrednio powojennej, że właściwie dała komunistom okazję, żeby wytłumaczyć sprawy trudne, np. AK w sposób nieprawdziwy - co mu zresztą mówiłem. Wynikło z tego tyle, żeśmy do siebie kilkanaście lat nie mówili w ogóle. Ale potem się z nim pogodziłem. On tej powieści nie odwołał, a młodzież dziś zdaje się uważa, że jest to powieść doskonała i wolnościowa. Mam inny pogląd. A Jerzego... Moja żona go bardzo lubiła, a ja go średnio lubiłem. Ale był to nieprzeciętny człowiek, niewątpliwie.
B
Władysław Bartoszewski - mój wielki przyjaciel.
Więzień Oświęcimia i różnych obozów. Szalenie wygadany. Pamiętam, że po Październiku były sprawy sądowe o odszkodowania za więzienia. Powoływano Bartoszewskiego na świadka i kiedy sędzia się dowiadywał, że on ma być świadkiem, to nie dopuszczał do rozprawy. Przyznawał odszkodowanie byleby on nie gadał, bo mówił jak maszyna. Miał różne przykrości. Teraz jest w Niemczech. Wybitny historyk - moim zdaniem. Ja mam do niego pretensję, że zburzył Warszawę, ale on twierdzi, że Powstanie musiało być. To jest różnica między nami. Ale oczywiście żartuję, bo to raczej nie on zburzył...
Arcybiskup Eugeniusz Baziak - po śmierci Sapiehy zastępował arcybiskupa krakowskiego.
Ja miałem z nim takie zetknięcie, że po Październiku wydano mi po raz drugi "Sprzysiężenie" i znowu wynikła historia, że to prawie pornografia. Ksiądz Bardecki, asystent kościelny w "Tygodniku", prosił, żebym poszedł do Baziaka i mu to wytłumaczył. Poszedłem, on był bardzo łagodny. Powiedział: "Czy pan może mi napisać, że pan żałuje, iż panu wydali?" Ja mówię: "Ekscelencjo, no dobrze, żałuję...". To nigdy nie miało dalszego biegu. Tylko tyle go znałem.
Wojciech Bąk - poeta, poznańczyk, katolik.
Znałem go w czasie okupacji. Trochę był alkoholikiem... nawet dużo. Bardzo antykomunistyczny i po wojnie były z nim niesamowite historie w Poznaniu, ponieważ odgrażał się, że przyjedzie na zjazd literatów - a nie chcieli go drukować - wygłosi przemówienie i otruje się na estradzie. Ale ksiądz, przeor dominikanów z Poznania, który to usłyszał, przyjechał do Warszawy i uprzedził Putramenta, że może być taka historia. Putrament zmobilizował jakichś facetów, tak, że jak Bąk chciał wejść na estradę, to go chapnęli... I był w domu wariatów chyba przez pewien czas. Tragiczna postać, niezły poeta.
Jakub Berman - nie znałem, nie widziałem, niewiele mam do powiedzenia poza jedną sprawą, jak uratowałem "Tygodnik Powszechny" i Zawieyskiego. Mianowicie jak była wojna koreańska, to Berman wpadł na pomysł: zaprosił grupę literatów, których sam wybrał, i powiedział, że każdy z nich musi napisać do jakiegoś pisarza na Zachodzie list protestujący przeciwko wojnie, przeciwko Ameryce. Zawieyskiemu wyznaczył Grahama Greene'a, że on ma do niego napisać. I pogroził mu, że to fatalnie wpłynie na "Tygodnik" i na wszystko, jeżeli on odmówi. Mnie nie było wtedy w Krakowie. Przyjeżdżam i mówią mi, że Zawieyski napisał, że to na pierwszej stronie idzie, już cenzura puściła... Ja to czytam... no to było okropne! Bo on się napił wódki, wpadł w histerię, i napisał szczerze, rzeczywiście, ze szwungiem, ale bzdury niebywałe. Więc ja mówię do Turowicza: "Słuchaj, ... jeżeli to się ukaże, to ja przestaję pisać w "Tygodniku". On mówi: "Ale nie wygłupiaj się, przecież to już przeszło przez cenzurę, już wiedzą". Ja mówię: "Daję słowo honoru - jeżeli to się ukaże, koniec". No i wtedy Gołubiew się wtrącił: "Słuchajcie, jeśli Stefan daje słowo honoru, to musimy to poważnie traktować, musimy się naradzić". I zdjęli to w końcu na całe szczęście, bo byłoby po "Tygodniku" i po Zawieju...
Władysław Bieńkowski - ciekawa postać, komunista, ateista, który miał do nas jakiś sentyment. Jeszcze w roku 1946 urządzał dyskusję marksistów z katolikami w Krakowie u "Wierzynka", gdzie głównymi dyskutantami byli pan Drobner i ksiądz Piwowarczyk. Dyskusja była wspaniała, np. Drobner mówił, że Marks napisał tak i tak. Ksiądz Piwowarczyk mówił na to: "Nie. On powiedział nie tak". Więc Drobner na to: "Ksiądz szanowny się myli". "Ja się nie mylę, ale pan zna tylko lipskie wydanie Marksa, a nie zna pan londyńskiego, gdzie on napisał to i to". No więc była to wysoka szkoła jazdy. Potem Bieńkowski został wyrzucony jako gomułkowiec. A w 1956 znowu się zjawił w Krakowie, zaczął rozmowy z Gołubiewem, z Zawieyskim, obiecywał nam, że będzie wiele klubów katolickich, że wejdziemy do Sejmu, Zawieyski do Rady Państwa, no i skusił nas... a potem sam wyleciał po kilku latach, ponieważ Gomułka, którego był bliskim przyjacielem w czasie okupacji, zdenerwował się jego dowcipami. Robił w Sejmie dowcipy rzeczywiście dziwne. Powiedział kiedyś, że mamy ileś tam tysięcy nauczycieli szkół niższych idiotów. A skąd się wzięli?... Z socjalizmu, socjalizm ich wychował. Po takich dowcipach Kliszko się denerwował. Wyrzucili Bieńkowskiego najpierw z ministerstwa, został dyrektorem ochrony przyrody czy lasów, czy czegoś. Potem go z partii wyrzucili i został polskim Dżilasem, wydawał za granicą. Mieszka w tym domu zresztą co i ja. Miły człowiek. Ja się z nim kłóciłem: "Pan ciągle wierzy w marksizm, tylko pan mówi, że źle wykonano. Niestety po tylu latach to już okazuje się chyba, że tego nie można dobrze wykonać". Taka była różnica między nami.
Czesław Bobrowski - wybitny ekonomista, przed wojną dobry znajomy pana Giedroycia. Uczestniczył w "Klubie 11 Listopada" stworzonym przez Rydza Śmigłego. Omawiano tam sprawy gospodarcze. Ciekawa kariera. Po wojnie był wiceprezesem CUP, po czym Minc zmienił front, zaczął niszczyć ustrój trójsektorowy, nastąpiła "bitwa o handel". Bobrowski bardzo się sprzeciwiał, został ambasadorem w Szwecji, skąd uciekł do Paryża. Wrócił do Polski w 1956 r. Znowu został wiceprezesem w Radzie Ekonomicznej, ale nie bardzo go słuchano, bo Gomułka był uparty. W 1968 na Uniwersytecie B. opowiedział się po stronie studentów i pobili go chyba - jakaś była draka i wtedy znów wyjechał - był w Algierze doradcą gospodarczym. Wrócił znowu pod koniec epoki gierkowskiej - i jak wiadomo też niewiele mógł. Powiedział kiedyś w telewizji: "Skoro nie możemy wprowadzić systemu rynkowego, to trzeba ciągnąć to co jest". Bardzo niemłody, chyba już po osiemdziesiątce.
Adolf Bocheński - był wybitnie zdolnym człowiekiem. Zginął jak wiadomo po bitwie pod Ankoną. Uchodził za olbrzymi talent polityczny, ale jego książka "Między Niemcami a Rosją" zaczyna się od założenia, że w Europie przez 30 lat nie będzie wojny. No, założenie w 1938 roku dosyć zabawne. Poczuwał się do winy, że tego nie przewidział i chyba dlatego zginął - szedł na najniebezpieczniejsze miejsca. To był wielki charakter. Aleksander Bocheński - czyli Olo. Mój przyjaciel. Rzeczywiście bardzo już niemłody. Właściwie jeden z twórców "Paxu", jeden z najwierniejszych. Realista polityczny, inżynier, były dyrektor browaru w Okocimiu. Autor książki "Dzieje głupoty w Polsce", której wydanie załatwiłem po wojnie w prywatnej firmie "Panteon". I wcale nie poszła, mimo że w małym nakładzie wydana - 3000, tak że wydawca, pan Ryńca miał do mnie pretensje. Ale jest to książka niesłychanie ciekawa, właściwie apologia Targowicy, wszelkich porozumień i tak dalej. Jest to ciekawy umysł, niepopularny umysł. Natomiast jego tezy gospodarcze, że żaden rynek, tylko trzeba stworzyć totalizm gospodarczy, wziąć wszystkich za mordę i produkować - chyba niesłuszne. Ale jest to człowiek z wielkiej rodziny, interesujący, zabawny, ma już po osiemdziesiątce grubo i... ja go lubię.
Ksiądz Józef Bocheński - nie znam go osobiście. Uchodzi za wielkiego filozofa. Kiedyś - co zabawne - był poniekąd cenzorem rzymskim. I on właśnie wziął na Indeks książkę Piaseckiego i pismo "Dziś i Jutro". To zabawne, że jego brat był twórcą "Paxu", a on to wciągnął na Indeks. No, ale to jest taka rodzina, paradoksalna. Ciekawy człowiek - nie uważam, żeby był wielkim filozofem. Czytałem jego artykuły o Kołakowskim, o książce, którą ja uważam za najlepszą - "Główne nurty marksizmu" - i właściwie on niewiele miał o tym do powiedzenia. Jest to bardzo osobliwy... wariat, przepraszam, który sam prowadzi samolot, sam pędzi samochodami - po osiemdziesiątce to jest rzecz niezwykła. Ciekawa postać.
Jerzy Borejsza - nie znałem go osobiście, ale byłem na paru jego zebraniach literacko-dziennikarskich w Krakowie, w 1945 roku. Był to człowiek, który politycznie dużo kłamał, ale miał szaloną ambicję, żeby do Polski Ludowej i do wydawnictw wciągnąć wszystkich endeków i prawicowców. Właściwie był jednym z twórców "Paxu" - to do niego zgłosił się Olo Bocheński i jego to zainteresowało, bo chciał mieć swoją prawicę. Skończył marnie, bo w końcu w partii jakoś źle go widzieli, poza tym zakochał się w dziewczynie "reakcyjnej". Miał katastrofę samochodową, po której - jak mówiono - stracił pamięć. Był taki dowcip, że powierzono mu wobec tego napisanie historii Polski. Ale to była niebanalna postać, ciekawa. Jego bratem przyrodnim był chyba Różański, znany z UB. Oni nazywali się Goldbergowie, czy coś takiego. To był ciekawy człowiek.
Kazimierz Brandys - długie lata z nim dyskutowałem jako z komunistą i marksistą, znałem go jeszcze z czasów okupacji. Teraz się nawrócił i przeciwną funkcję spełnia. Nie bardzo go lubię, ale to jest kulturalny człowiek i bardzo dobry pisarz, chyba. A co jeszcze napisze to nie wiadomo. Moim zdaniem jego książka "Między wojnami" obok "Popiołu i diamentu" i "Pamiątki z celulozy" jest właściwie najgorszym przejawem socrealizmu. Mówią, że "Obywatele" byli gorsi. Ja twierdzę, że "Między wojnami" jest gorsze. No, ale się nawrócił i jest zupełnie inny.
Stefan Bratkowski - jest to pozytywna postać, chociaż mnie irytuje okropnie to jego zadęcie spółdzielczo- społeczno- pozytywistyczne, takie jakieś naiwne. Zresztą zrobił do mnie aluzję w jednym ze swoich artykułów. Napisał, że nie lubi takich liberałów, co się boją robotników, i tylko liczą na pieniądze. Ale muszę powiedzieć, że on ma szalony szwung i działa z przekonaniem, działa na wszystkich frontach. Ja go jeszcze pamiętam, jak redagował "Życie i Nowoczesność", dodatek do "Życia Warszawy", i z przekonaniem to robił. Jest to właściwie Polak z Dolnego śląska, bo we Wrocławiu urodzony chyba, gdzie ojciec był konsulem. Wiem, że on się przyjaźnił z Osmańczykiem. Czasem go bardzo lubię, a czasem mnie potwornie drażni, tak na przemian.
Roman Bratny - znałem go słabo. Pisarz znany. Akowiec kiedyś, a potem przeciwnie. Podobno jak go przyjmowali do partii to się kajał, że on strzelał do komunistów, ale wierzył w to, a teraz chce odkupić winy. No i go przyjęli.
Jerzy Braun - ciekawa postać. W gruncie rzeczy debiutowałem literacko u Brauna. Wydawał on pismo "Zet", które było czymś w rodzaju organu filozofii narodowej Hoene-Wrońskiego. Bardzo wybitni ludzie pracowali w tym piśmie - Regamey, następnie nijaki Homolacs, erudyci ogromni. Braun też był filozofem, erudytą, poetą, powieściopisarzem. Troszkę naiwnym człowiekiem. W czasie okupacji był twórcą Unii, unii grup katolickich, potem Stronnictwa Pracy. Był chyba ostatnim delegatem rządu londyńskiego, tylko krótko. Po wojnie sądził, że odegra rolę polityczną, ale Bierut kazał zamknąć działaczy Stronnictwa Pracy. Popiel wyjechał, lecz zamknięto Studentowicza, Kwasiborskiego, Antczaka, Brauna i innych. Bardzo długo siedział w więzieniu. Stracił oko, bo dostał jaskry. Zmarł w Rzymie. Tadeusz Breza - bardzo inteligentny człowiek, ale trochę obrzydliwy, bo taki jakiś miękki cynik. Bardzo mądry, na każdą sprawę patrzył dwuznacznie... stosował kompromitacjonizm, jak mówił Irzykowski. Jeżeli się czyta jego "Spiżową bramę", to on tak niby nie lubi tych księży, ale... lubi, sam kiedyś był w zakonie, zresztą arystokrata. Jest taka jego książka "Niebo i ziemia", w dwóch tomach. Pierwszy tom jest znakomity, a drugi jest idiotyczny, bo okazało się, że przyszedł socrealizm, i od niego zażądali, żeby przerobił ten drugi tom. I on go przerobił. Uważał, że cóż, tak życie się toczy, jak każą, to trzeba. W rozmowie był znakomity. Rozmówca przyjemny, subtelny, wszystko rozumiejący. A w życiu publicznym postać dwuznaczna.
Zbigniew Brzeziński - postać znana i sławna. Stykałem się z nim wiele razy. Urodzony na Hożej w roku 1928. Polak, warszawianin. Jego ojciec był konsulem w Montrealu. On sam od dziesiątego roku życia żył w Ameryce. No i zaczął się wspinać po szczeblach kariery naukowo-politycznej. Z nami się spotykał - z Giedroyciem w Paryżu, tu w Warszawie był kilkakrotnie. Czasem mu dawali wizę, czasem nie. Pamiętam bardzo śmieszny wypadek, kiedy przyjechał do Warszawy i zaprosił mnie na obiad, do węgierskiej restauracji. Gdy wychodzimy, szalona uprzejmość - szatniarz podaje płaszcze, idziemy - ktoś ustępuje miejsca. On mówi, że musi pojechać taksówką, tam stoją jacyś faceci, mówią: "A, prosimy, proszę stanąć". Więc Brzeziński mówi: "Widzę, że pan ma tu dużo znajomych". Ja mówię: "Wie pan, ja podejrzewam, że to są pana znajomi". Jego szczytem kariery było to, że został doradcą do spraw wojennych Cartera, zresztą on wymyślił Cartera w ogóle. Nie bardzo to wyszło, zwłaszcza ta historia z helikopterami pod Teheranem go wykończyła, bo to był jego pomysł. Zaczęli mówić, że to typowo polska robota... Ale jest to bardzo inteligentny człowiek - mówi po polsku z akcentem, lecz bardzo dobrze. Jest szalenie uczynny wobec Polaków i miły. Czy jest wielkim politykiem...? Również jego brat mieszka w Montrealu, jest żonaty z Polką, nawet znam. A on jest żonaty z kuzynką Benesza, z Czeszką. No i jest postacią bardzo znaną.
Ryszard Bugaj - nie mam o nim wiele do powiedzenia. Nie zgadzam się z nim... Na ogół. Ma on ciągoty, jak to mówią, czerwone, chciałby to pogodzić jakoś z opozycją. Nie wiem, czy jego koncepcje gospodarcze, gdyby zaczął je praktykować, nie doprowadziłyby do jakichś fatalnych skutków. A poza tym ma brodę...
C
Józef Czapski - postać sławna. Malarz i właściwie człowiek, który "odkrył" Katyń. To jest jego zasługa, bo on był wśród tych czterystu, których z Ostaszkowa gdzieś przewieziono. Anders wyznaczył go do poszukiwania zaginionych oficerów, i z tego powodu jeździł po całej Rosji. Niesamowicie wysoki, dwumetrowy, w mundurze angielskim. I wykrył, że tych oficerów nie ma. Zresztą opisał to w książce "Na nieludzkiej ziemi" - bardzo ciekawie. To szalenie sympatyczny człowiek, z rodziny arystokratycznej, międzynarodowej. Między innymi ich krewnym był Cziczerin - pierwszy sowiecki minister spraw zagranicznych. W 1920 roku Czapski jeździł do Rosji szukać jakichś zaginionych polskich jeńców, czyli spełniał tę samą funkcję. Bardzo ciekawy człowiek. Chyba przekroczył dziewięćdziesiątkę. Dobry malarz, świetne pióro. Mieszka w Maisons-Laffitte, razem z Giedroyciem, choć nie zawsze się lubili. Pod koniec życia prawie ociemniały, ale zawsze w świetnej formie.
Adam Ciołkosz - najpoczciwszy człowiek świata i najbardziej naiwny, jaki chyba istniał. Spotkałem go też w Paryżu w 1957 roku, i zaczął mnie pytać, co to takiego właściwie nadzwyczajnego jest w tym Cyrankiewiczu. Mówi: "Przecież to mój uczeń, nic specjalnego, dlaczego on jest premierem, dlaczego on taki ważny, jakie on ma zasługi, gdzie on się wykazał?" Więc ja mówię: "Wie pan, on dużo zrobił. On zrobił wielką rzecz". Ciołkosz pyta: "Jaką?" Ja mówię: "Że żyje! Bo mógł nie żyć, dziesięć razy". No więc on się uśmiechnął i mówi: "Proszę pana, jeżeli to jest taki człowiek przyzwoity jak pan mówi, to czy pan mógłby go poprosić o jedną rzecz?" "Jaką?" "W Tarnowie, w domu takim a takim, na strychu, znajduje się skrytka, gdzie jest mój kufer z dokumentami PPS-owskimi, bardzo ważnymi. I żeby on mi to odesłał". Ja mówię: "Wie pan, ja mu nawet słówkiem o tym nie wspomnę, bo on oczywiście ten kufer weźmie, ale panu go nie odeśle". Więc on mówi: "No widzi pan, że to jest świnia!" Ja mówię: "Nie, to jest polityk, który chce żyć...".
Biskup Zygmunt Choromański - znałem mało. Był twardy, urzędował tutaj na Książęcej w Kurii, kłócił się z komunistami jak diabeł. Był moment, że chcieli go aresztować, kiedy ks. Kaczyński był w więzieniu. No, ale jakoś się wybronił. Potem jak Wyszyński wrócił, on chyba jeszcze żył. Nie pamiętam, w którym roku umarł.
Józef Cyrankiewicz - ciekawe, bo niby postać reprezentująca PPS, a ja nigdy o nim przed wojną nie słyszałem. Mój ojciec był przecież starym pepeesowcem, znałem różnych pepeesowców, a o żadnym Cyrankiewiczu jako żywo nigdy pojęcia nie miałem. Rodem z Krakowa, a właściwie z Tarnowa, z endeckiej rodziny, bo ojciec był członkiem Stronnictwa Narodowego, brat Młodzieży Wszechpolskiej. A on się wyłamał i był pepeesowcem. Znana postać na uniwersytecie, dowcipny, wesoły, i tak dalej. Przychodzi okupacja i jest czynnym działaczem WRN, czyli PPS-u antykomunistycznego, niepodległościowego. Przypadkiem dostaje się w ręce Niemców, znajduje się w Oświęcimiu, gdzie zresztą świetnie się zachowywał. Tu mógłbym powiedzieć anegdotkę. Jest taki literat, pan O..., który był z nim razem w Oświęcimiu i mówił, że mieli znajomego kapo, który twierdził, że przed wojną był kierownikiem sali w Bristolu i że zna wszystkich Polaków. Ten kapo rezerwował dla nich miejsce uprzywilejowane, to znaczy dozorcy klozetu, bo tam się nic nie robiło. Pewnego dnia przychodzą do niego i mówią, że przyjechali Sawan i Malicka. A ten kapo pyta: "Co to za jedni?", "Jak to? Sławni aktorzy, co pan, nie wie takich rzeczy. Sawan - najpiękniejszy mężczyzna w Polsce". "A, no to dobrze, to ja go dam do klozetu". A ten Sawan wyglądał jak półtora nieszczęścia - był ostrzyżony na zero, miał sraczkę nieustającą, niedopasowany pasiak, kulawy był w ogóle jakiś. Po paru dniach przychodzi ten kapo i mówi: "Słuchajcie, on nie ma prezencji, on się nie nadaje. Przyjdzie komendant, wyrzuci jego, a mnie powiesi. Ale ja to miejsce dla was rezerwuję - dajcie innego". Po paru dniach przyszedł inny i ten kapo na drugi dzień mówi: "No, to jest chłopak do rzeczy". A to był Józef Cyrankiewicz. I on w tym Oświęcimiu, a potem w Niemczech skumał się jakoś z komunistami. W każdym razie przyjechał do Polski chyba z ideą koalicji. I wiem, że było zebranie pepeesowców w Krakowie, gdzie Zygmunt Zaremba szalenie przestrzegał przed tym. A nagle Cyrankiewicz i Rusinek, którzy przyjechali z obozu, powiedzieli, że oni właśnie jadą do Bieruta, mają zaproszenie. Tam jakby piorun strzelił. "Rany Boskie! Co robicie!" - socjaliści na rany Boskie się powoływali. A on powiedział: "Nie, ja mu przedstawię wasze postulaty, wszystko będzie inaczej". Ale Zaremba mi mówił - ja go kiedyś w Paryżu spotkałem - że już nigdy potem się nie pokazał, nic nie przedstawił. No ale pokazał jakąś zręczność polityczną. Podobno Stalin go polubił szalenie. Była taka scena na Kremlu - w czasie obiadu, na którym byli przedstawiciele PPR, PPS, wszystkich czterech stronnictw. Stalin bez przerwy mówił: "No tak, PPS to jest narodowa partia, która nie chce z komunistami, która chce osobno... ja wiem..." Ciągle do Cyrankiewicza pił. Nagle Cyrankiewicz zabrał głos i powiedział: "Tak, towarzyszu Stalin, my jesteśmy partią narodową, mamy wielkie tradycje, my byśmy chcieli iść osobno, ale zrobimy tak, jak wy sobie będziecie życzyć. A wiecie dlaczego? Bo wy dla nas jesteście jedynym słońcem światowego socjalizmu". Stalin rozpromienił się, powiedział: "Wot gołubczik". I od tego czasu przez szereg rządów pan Józio się trzymał, z tym, że nie poszło mu z tą ręką obcinaną w Poznaniu, ale potem się zrehabilitował w jakiś sposób. Właściwie należał do tej grupy reformistycznej, puławskiej - raczej. Przy czym w Poznaniu opowiadali mi, że on pojechał kiedyś do tego samego "Cegielskiego", gdzie właśnie o tej ręce mówił. I tam się szykowali na niego, że "my tego tutaj drania splantujemy". A on od tego zaczął: "Ja tu na pewno zostawiłem złe wspomnienie, powiedziałem o tym obcinaniu ręki. No, ale wiecie przecież, jakie to były czasy, wiecie, gdzie żyjemy". I tu pokazał ręką na wschód, i wtedy ogromne oklaski: "Morowy chłop", "swój człowiek". A Gomułka się tam nie podobał, bo mówił o gospodarce, a było widać, że nie ma o niej pojęcia. I ten Józio się długo trzymał, nawet kiedy Gierek doszedł, to go zrobił przewodniczącym Rady Państwa... Już wiele on nie znaczył, ale za stalinizm nie odpowiadał, za gomułkizm nie odpowiadał, i właściwie za nic nie odpowiadał - co dowodzi zręczności. To znaczy za socjalizm odpowiadał, ale ja go kiedyś zapytałem: "Czy pan dalej wierzy w socjalizm?". "A w co mam wierzyć? Czy można budować kapitalizm bez kapitału". No - pomyślałem sobie - ma rację, nie można. Ta postać ma swoje podłoże cyniczne, bo polityk tego rodzaju musi być cynikiem. Ale starał się jakoś wypłynąć tak, żeby go Polacy lubili, nie powiem - kochali, ale żeby go nie powiesili jak dojdzie co do czego.
D
Maria Dąbrowska - pisarka, wybitna. Nie bardzo ją adorowałem, bo była apodyktyczna i lubiła się wywyższać. Ale to może być moje osobiste odczucie. Miałem z nią zatarg, zresztą niemądry. Ona była przyjaciółką Stanisława Stempowskiego, wielkiego masona. Syn Stempowskiego, Jerzy - znany pisarz - był w Szwajcarii i nagle w "Tygodniku" ktoś powiedział, że on umarł. Ja to podałem Bartoszewskiemu, który prowadził wtedy u nas kronikę "Zmarli". On to wydrukował. Okazało się, że Stempowski żyje. Spotykam potem panią Dąbrowską i ona mówi: "To podobno pan podał tę wiadomość". Ja mówię: "No właśnie" i zaczynam się śmiać. Ona mówi: "Nie widzę w tym nic śmiesznego" - z taką wściekłością na mnie spojrzała, że nogi mi się ugięły... Ale była to wybitna osoba. Co prawda ja nie czytałem "Nocy i dni", tylko fragmenty... Jest jedna rzecz wstydliwa. Otóż w 1956 była kandydatką do Nagrody Nobla. Ale tak się złożyło, że po śmierci Stalina w 1953 roku Putrament wymuszał od ludzi jakieś wypowiedzi na temat tej śmierci. To przez to się "Tygodnik" przewrócił. I od niej wymusił. Napisała takie coś, że "potworna wiadomość", "co będzie z nami", "co będzie z Polską" i tak dalej. I podobno gdy była kandydatką do Nobla, ktoś to podał do Sztokholmu przetłumaczone, no i skosił. Tak Polacy robią.
Roman Dmowski - ha! Nie będę się wypowiadał. Raz w życiu z nim rozmawiałem w Drozdowie u państwa Lutosławskich. Chodził po ogrodzie i myśmy chodzili. Zaczęliśmy rozmawiać. Nie była to ważna rozmowa. On zapytał: "Jak się panom podoba nowa kompozycja Koca?". Podobał mi się jako niebanalny typ polskiego polityka. Bo stary kawaler, bardzo elegancki, bywający dużo za granicą, znający języki, świetnie mówił po angielsku. Twórca polskiego nacjonalizmu, a jednocześnie siedział w Dumie. Myślę, że zrobił wielką rzecz na Kongresie Wersalskim, czy przed Kongresem. Natomiast w Polsce nie odegrał już wielkiej roli, bo jednak nienawiść do Piłsudskiego wpłynęła na to, że wszystko postawił na zwalczanie sanacji. No i odbiła się od niego młodzież. Najpierw ONR, potem "Falanga" i różne inne. Myślę, że za dużo było tej nienawiści. Jednak zaciemniło mu to widzenie.
Jan Dobraczyński - co tu mówić. Nawet z nim jestem na "ty". Uważam, że jest to człowiek dziwnie zakłamany. Bo pobożny, który się trzy razy na tydzień spowiada, a jednocześnie buja, mówi rzeczy nieprawdziwe. Wydał taki pamiętnik "Tylko w jednym życiu" i tam napisał o zamknięciu "Tygodnika Powszechnego" - wszystko nieprawda, co mu zresztą sprostowali. Nawet endecy prostowali - Maciński. Więc to jest zakłamany facet, ale on o tym nie wie. Uważa, że jest w porządku. NO... dziwne.
Adam Doboszyński - nie znałem osobiście, tylko czytałem jego powieść, której nikt nie czytał: "Słowo ciężarne". Jest to powieść o przyszłości, o Polsce, którą rządzi córka Piłsudskiego. I jest wynalazca, co wynalazł proszek, który jak go rozpylić nad jakimś krajem, to dzieci przestają się rodzić. Więc on go rozpyla nad Niemcami, gdzie po paru miesiącach robi się tam popłoch. Bardzo zabawna powieść, nikt jej nie czytał. Poza tym Doboszyński, jak przyjechał do Polski - a za nim UB jeździło wszędzie - to ze wszystkimi się chciał spotkać, ze mną też między innymi. No i z księdzem Piwowarczykiem całą noc przedyskutowali w jakimś klasztorze, i wtedy po jego aresztowaniu ksiądz Piwowarczyk był wzywany na proces. Ksiądz Piwowarczyk nie lubił endeków, i nie lubił jego teorii społecznej, bo on napisał książkę - "Gospodarka narodowa" - i szalenie się ksiądz Piwowarczyk biesił na tę książkę. Wiem, że Piasecki go chciał uratować, ale nie udało mu się. Wyrok śmierci po procesie wykonano.
Bolesław Drobner - postać znana, moim zdaniem mało poważna. Pepeesowiec, ale zawsze dysydent, komunizujący trochę. Miał rodzinę komunistyczną w Rosji. Jego zięć był, zdaje się, przez Stalina wykończony. Drobner pojechał na białe niedźwiedzie w czasie wojny, pomimo całej swojej lewicowości. Siedział gdzieś w kraju Jakutów. Opowiadał mi w Sejmie, że gdy go zwolniono, przyjechał do Moskwy i w Moskwie spotkał na ulicy Zambrowskiego. Zambrowski mówi: "Aha, to wyście wrócili z obozu. To świetnie. Dziś idziemy do Mołotowa, bo będziemy ustalać wschodnią granicę Polski". Drobner mówi: "Jak to? Ja nic nie wiem, ja byłem na zesłaniu". "To nic". I mówi mi: "Przychodzimy. Mołotow ma czerwony i niebieski ołówek i kreśli - tu Krosno, tu coś tam". Drobner mówi: "Absurd. Rząd jest w Londynie, ja wracam z zesłania i mam ustalać granice Polski". Twierdził zresztą, że coś wytargował, właśnie koło Krosna, czy gdzieś tam - ale czy to prawda, to nie wiem. Bardzo zresztą był zabawny. To mu mam za złe, że niszczył w Krakowie prywatną inicjatywę. Stare sklepy zamykał. A jego rodzina była bardzo bogata i też mieli takie sklepy, więc on miał jakiś kompleks. Potem się w Sejmie bardzo naraził, bo był najstarszym posłem, otwierał Sejm, i coś takiego powiedział, co się Kliszce nie podobało. Kliszko był nerwus straszny i zabronił, żeby już kiedykolwiek Drobner zabierał głos w tych sprawach. Zabawna to była postać, ale niezbyt poważna.
Stanisław Dygat - aaa, to zabawna, ciekawa postać. I bardzo zdolny. Ja go cenię, bo to pisarz, który się potrafił ustawić poza komunizmem - ale nie przeciw, poza socrealizmem, poza wszystkim. Miał swoje zainteresowania, swoją linię. Przed wojną, co tydzień była inna wystawa "Wiadomości Literackich" na Placu Saskim. To Eile projektował te wystawy, takie ładne plastycznie, nowoczesne. I w każdy poniedziałek zabierano to i robiono nową. Otóż przychodził jakiś młody człowiek, który wynosił wszystko, z własnego amatorstwa to robił... nikt nie wiedział, kto to jest. To był Staś Dygat, który zresztą nic wtedy nie pisał. Natomiast "Jezioro Bodeńskie" nam w czasie okupacji dał do czytania: to było tak odświeżające, tak oryginalna książka. Później "Pożegnania", tak samo doskonałe. Nigdy źle nie pisał, wszystko pisał dobrze. Miał wrodzony talent. A w ogóle on był nerwus i histeryk, co ukrywał. Poza tym szalenie interesował się sportem, przyjaźnił się z mistrzem olimpijskim Komarem. Ale lubił się popisywać pesymizmem. Pamiętam, ja coś zaczynam mówić o sporcie, a on mówi: "Słuchaj, ty sobie nie zdajesz sprawy, to nie jest żaden sport, to wszystko jest płatne, to wszystko jest z góry umówione, to są kombinacje, nie ma żadnego sportu, nic..." I dopiero jego siostra, żona Lutosławskiego, powiedziała mi: "Nie słuchaj, co Staś mówi, bo on się popisuje takimi rzeczami". Umarł tragicznie, ponieważ go oskarżono o ten film "Hotel Palace", że to jest film niepatriotyczny, tam Polacy są wyśmiani i on właściwie nie jest Polakiem, bo matka była Francuzka, czy ojciec... On się szalenie przejął tym, że była dyskusja w Urzędzie Filmowym, prowadził ją Janusz Wilhelmi, nieboszczyk, który zaatakował potwornie Dygata, a po nim wszyscy atakowali, co Dygat potem skomentował z goryczą: "A moi przyjaciele siedzieli cicho, Konwicki, inni, nikt nie zabrał głosu w mojej obronie". Wrócił do domu, dostał ataku serca i umarł. Przejął się tym, że jego przyjaciele go nie bronili.
Mirosław Dzielski - mój przyjaciel polityczny, żarliwy neoliberał, neokapitalista, ideolog. Drukował pismo "13". Założył Towarzystwo Przemysłowe w Krakowie. Był to bardzo ciekawy i inteligentny facet. Opowiadałem się za nim. Niestety, umarł zbyt wcześnie.
E
Marian Eile - bardzo ciekawy dziennikarz z "Wiadomości Literackich". Kierownik plastyczny "Wiadomości". Całe życie marzył, żeby stworzyć coś w rodzaju polskiego "Playboya i stworzył "Przekrój". Mój pierwszy etat był w "Przekroju". Mam pierwsze numery i tam był taki abstrakcyjny humor, że Hitler żyje, ale się ukrywa. Była dziewczyna z warkoczami o rysach Hitlera, później posąg jakiś nagi - okazało się, że to Hitler udaje i takie różne kawały. To tak szło parę numerów. Nagle przyjechał Borejsza z Warszawy, wezwał Eilego, zwymyślał go potwornie, że to jest burżuazyjny formalizm. Powiedział: "Ja panu dziękuję za pracę". Czołem - cześć. No i Eile zginął, poszedł gdzieś... i przerażenie, bo go nie ma dwa dni, może odebrał sobie życie? Zaczęli go szukać nad rzeką. No, ale w końcu się znalazł. Borejsza go pożałował i przywrócił. Było parę numerów o orce, o kołchozach, ale potem "Przekrój" się rozwinął.
Grzegorz Fitelberg - wybitna postać, wielki dyrygent. Co najciekawsze, człowiek, który zakochał si...
keremeleszuku