numer07.pdf
(
6651 KB
)
Pobierz
ORGAN MEDIALNY POROZUMIENIA POKOLEŃ KRE
SOWYCH
K R E S O W Y
Serwis Informacyjny
w
ww.ksi.kresy.info.pl
PAMIĘTAĆ O KRESACH, O MAŁEJ OJCZYŹNIE PRZODKÓW,
TO NIE TYLKO OBOWIĄZEK, ALE ZASZCZYT
Numer 07 - 2011
1 grudnia
Boże Narodzenie na Kresach zawsze
było śnieżne i mroźne, a świąteczny
nastrój udzielał się wszystkim na dłu-
go przed Wigilią.
do domu uroczysty nastrój, a dro-
biazgi, którymi ozdabiamy całe
mieszkanie, tworzą niepowtarzalny
klimat. Pielęgnujemy to wszystko,
co sprzyja tworzeniu świątecznego
nastroju i pamiętamy, że największą
i niepodważalną świętością jest dom
i rodzina.
Wspominamy święta swojego dzie-
ciństwa, poprzedzającą je radosną
krzątaninę przy pieczeniu ciast, le-
pieniu pierogów, sprawianiu ryb,
ucieraniu maku, a także przy wspól-
nym robieniu i klejeniu ozdób, stro-
jeniu drzewka. Pamiętamy zapachy
Wigilii, niecierpliwe oczekiwanie
na wielką niespodziankę i na pierw-
szą gwiazdkę. Przywołujemy z roz-
rzewnieniem opowieści starszych,
jak to kiedyś bywało, śpiewanie ko-
lęd razem z nimi. Wzruszamy się na
myśl o serdecznych życzeniach przy
łamaniu się opłatkiem.
Boże Narodzenie na Kresach za-
wsze było śnieżne i mroźne, a świą-
teczny nastrój udzielał się wszyst-
kim na długo przed Wigilią. „ [1]
ki, Adwent i Wielki Post) – to otrzy-
mamy około 150 dni bezmięsnej
diety (…)Wszystkie dni Adwentu
przygotowywały do tego jedynego
dnia w roku – do Wigilii, która roz-
poczynała ukochane przez Polaków
święta Bożego Narodzenia. (…)Na
Kresach rzucano kutią o powałę i z
drżeniem czekano by nie odpadła,
dziewczyny tarły mak na Wigilię
aby rychło wyjść za mąż. Karmiono
zwierzęta domowe wigilijnymi po-
trawami aby zapewnić im zdrowie
i plenność. Ten kto upolował zwie-
rzynę w Wigilię – zapewniał sobie
szczęście na cały rok. Kto płakał w
Wigilię wierzono, że będzie płakał
do następnych świąt. W wieczór wi-
gilijny nie wolno było prząść, szyć
ani pracować ostrymi narzędziami.
Nie wolno było się kłócić i trzeba
było uregulować wszystkie długi
nawet te moralne. Aby zapewnić
dobre i bogate zbiory stawiano sno-
py zboża w izbie wiejskiej jak i w
salonie ziemiańskiego pałacu. To
dlatego w wigilijny wieczór obo-
wiązkowo trzeba było skosztować
choć odrobinę z tego co w polu,
sadzie, wodzie, lesie i ogrodzie.
Do dziś w wielu domach przetrwał
zwyczaj przechowywania przez rok
w portfelu łuski karpia wigilijnego
z monetą, co zabezpieczało pienią-
dze na cały rok. A więc zapewne i
my będziemy sobie wróżyć, bo któż
z nas, Drodzy Państwo, nie chce
być zdrowy, piękny i bogaty i znać
swojej przyszłości? Polska Wigilia
to siła tradycji, dzięki której naród
bez państwa przetrwał i doczekał
się wolności.(…) Na Kresach w
dniu wigilijnym pan domu polował
a gospodyni szykowała wieczerzę,
aby na stole nie zabrakło : zupy
migdałowej z ryżem i rodzynkami,
a druga, jaka komu się podoba :
barszcz z uszkami albo zupa rybna z
farszem lub grzybowa z łazankami,
szczupak na szaro w sosie z cytryną
i rodzynkami, okoni posypanych ja-
jami, oblanych masłem, szczupaka
na żółto, zimnego, w całku, z sza-
franem i rodzynkami, karpia całego
na zimno w rumianym sosie z ro-
dzynkami, pasztetu z chucherek we
francuskim cieście, lina w galarecie,
karasi smażonych z czerwoną kapu-
stą, kremu śmietankowego, galarety
albo kisielku, suszeniny ze śliwek,
wisien i gruszek, zamiast chleba :
strucle na migdałowym lub mako-
wym mleku – powinny leżeć całe z
jednego i drugiego końca stołu.
Redakcja
Każdy kto tylko pamięta Nasze Pol-
skie Kresy i wspomina je przy oka-
zji świąt Bożego Narodzenia, nie
może oprzeć się stwierdzeniu, że
„wtedy i tam to dopiero były zimy”.
Zapewne wielu z czytelników spo-
tkało się nie raz i nie dwa, z powie-
dzeniem, że „ na Kresach jak było
lato, to było naprawdę lato, ale i
zimy były nie od parady”. Właśnie
w temacie świąt Bożego Narodzenia
i kresowych zim zaprezentujemy
we wstępie, fragmenty zapisków
dwóch autorów.
„Święta Bożego Narodzenia – naj-
bardziej rodzinne, najchętniej spę-
dzane w gronie najbliższych nam
osób. Przed samymi świętami – w
okresie zadumy i releksji czekamy
z niecierpliwością na te dni, które
kojarzą się z bliskością rodziny i
ciepłem domowego ogniska, a kre-
sowianom w starszym wieku z bole-
sną nostalgią – oddaleniem od miej-
sca szczęśliwych dziecięcych lat.
Chyba nie ma ważniejszej, bar-
dziej znanej tradycji świętowania,
łączącej rodziny, a również prawie
wszystkich ludzi na świecie, od tra-
dycji Bożonarodzeniowej. Piękne
obrzędy i zwyczaje są od wieków
przekazywane następnym pokole-
niom. Boże Narodzenie kojarzy się
nam: z białym śniegiem, białym,
lśniącym obrusem, bielą opłatka
i wspaniałym zapachem drzewka
(choinki – tak ją nazywano na kre-
sach).
Pięknie udekorowane wprowadza
Na północnych krańcach Podlasia
charakterystyczną potrawą wigilijną
były łamańce podawane do mleczka
z maku zwanego aguompieniem.
Na Kresach Wileńskich na stole
wigilijnym nie mogło zabraknąć
rolmopsów śledziowych na sposób
wileński, smażonych śledzi, a uszka
do barszczu były smażone, nie go-
towane, podawano również grzyby
w cieście, a na deser do wigilijnego
kompotu pierniki, makowce i dużo
bakalii z suszonymi owocami i połu-
dniowymi. Pani pan domu obowiąz-
kowo, a goście na dobrą wróżbę,
musieli skosztować kiślu owsiane-
go. Na Kresach Lwowskich opłatek
smarowano miodem, podobnie jak
na Podhalu, a na zakończenie Wigi-
lii powinien był być podany strudel
ciągniony galicyjski. (…)[2]
By radosne święta
były, By marzenia się
spełniły. By choinka
była biała, I kolęda
pięknie brzmiała.
By prezentów było
moc, w Wigilijną
Świętą Noc.
„Święta Bożego Narodzenia w Pol-
sce tak naprawdę zaczynały się od
cudownej, wspaniałej gęsi, spoży-
wanej na św. Marcina, którą można
było wspominać przez całe 40 dni
Adwentu, aż do uroczystej postnej
kolacji – polskiej Wigilii.
W wieczór wigilijny przy łamaniu
się opłatkiem, składaniu życzeń
swoim najbliższym pamiętajmy o
Rodakach którzy pozostali na na-
szych historycznych Kresach , tych
bliskich i tych dalszych. Życzmy
sobie nawzajem jeszcze wiele sił
i inwencji, by pomóc Polakom
na Kresach, a młodzież, która ma
nas zastąpić niech pokocha Kresy,
mieszkających tam Polaków i nigdy
ich nie zapomni.
Życzymy Świąt dobrych, zdrowych,
przepełnionych nadzieją lepszego
jutra na nadchodzący Nowy Rok
2012 i następne lata.
Nie znaczy to wcale, że Polacy
przez długi post adwentowy posy-
pywali sobie głowy popiołem i żyli
chlebem i wodą. Na postny obiad
w kuchni szlacheckiej na Kresach
proponowano np. zupę rybną z far-
szem, kotlety z sandacza, pieróg
z grzybami, raki całe gotowane w
śmietanie, strudel z jabłkami zawi-
jany na deser lub inny zestaw: zupę
sago z winem, z ciastkami kruchy-
mi, pasztet z węgorza, ryby w majo-
nezach, jarzyny rozmaite na parze,
szczupak z białym sosem z karto-
felkami, hreczuszki z koniturami.
Tak więc przez okres postu jedzono
inaczej, nie jedzono mięsa, z wy-
jątkiem może ogonów bobrowych,
które ze względu na to, że trzyma-
ne cały czas w wodzie, zaliczano do
rybnych potraw postnych. Gdy zli-
czymy dni postne całego roku (piąt-
Oraz udanego skoku
do Nowego Roku.
[1] AM
Święta Bożego Narodzenia na Kre-
sach- http://nasz-region.pl/art,79,ty-
tul,0.html
[2] Grzegorz Russak http://www.
polonia.org/wigiliatradycja.htm
Kresowy Serwis Informacyjny - 1 grudnia 2011 - strona 1
HISTORIA - WSPOMNIENIA - RELACJE
W wigilię Bożego Narodzenia
Gontowa złożyła oiarę
swoją udusiłem".
za daty ostatecznego opuszcze-
nia wsi przez Polaków.
Rano Hnatów osłupieli, widząc
Annę wyłażącą spod łóżka. Jacy-
cha powiedziała tylko: "Hanko, a
Wy de buły?"
Mimo zagrożenia, ryzykanci jeź-
dzili po zapasy żywności i paszę,
nawet po Nowym Roku.
Przerażona i rozdygotana kobieta
wyrwała się ze strasznego domu
i półżywa pobiegła drogą do Za-
łoziec.
Maria Baran (Kulpa). Stary Łom
- wspomina. Po Nowym roku po-
jechałam z ojcem do domu, aby
zrobić pranie i upiec chleb na
wyjazd. Złapał nas wieczór i mu-
sieliśmy zanocować. Tato gdzieś
się ukrył, a ja poszłam do krew-
niaków Ukraińców. Leżę ale oka
nie mogę zmrużyć ze strachu.
Po północy usłyszałam strza-
ły, a trochę później ktoś puka
do okna. To już koniec - myślę.
Żeby choć od razu zabili i nie
męczyli. Na szczęście był to tato.
Chodźmy bo chyba babkę zabili.
Zastaliśmy ją żywą ale przerażo-
ną. Przykładali jej lufy do głowy,
aby powiedziała gdzie jesteśmy.
Ze złości potłukli szyby, naftą
polali chleb, podpalili bieliznę i
zabili psa. Uratowało ją ukraiń-
skie pochodzenie, a nas to, że nie
wiedziała gdzie byliśmy ukryci.
żony Ukraińców. Pod lasem na-
tknęły się na banderowców. Wy-
wiązała się ostra wymiana zdań.
Szczególnie pewnie stawiała się
Burdyniuk. Pierwszy strzał od-
dali właśnie do niej, a następnie
pozostałe zasztyletowali. Kobie-
ty rozpoznały ich. Hania Bienia-
szewska prosiła Iwanie nie za-
bijaj, ale ci ludzie nie znali już
uczucia litości. Dziewczyna po-
kaleczona długo jęczała, nim w
bólach skonała. Burdyniuk była
ranna, wszystko słyszała i póź-
niej opowiedziała o tych potwor-
nościach.
zawołał: Kto tam? Nie strzelajcie
Józefie, to ja, ksiądz - usłyszał.
Ponieważ byłem ministrantem,
rano udałem się do księdza. Po-
kazywał mi ograbioną i splądro-
waną plebanię. Opowiadał też
jak ucieczką ratował życie.
Adolf Głowacki
22 grudnia (1944r.) łuna ognia
objęła Gontowę. Ponieważ poza
budynkami nic nie zostało, banda
postanowiła unicestwić wioskę.
Zlikwidować to polskie gniazdo,
do którego do końca nie wcisnęła
się ani jedna rodzina ukraińska.
W tym napadzie zginęło kilka
osób, a wieś prawie doszczętnie
spłonęła i zakończyła żywot.
Rodzina Berezijów, codziennie
chodziła z Załoziec do domu,
nakarmić, napoić i wydoić ura-
towaną z pożogi krowę. W mie-
ście nie mogli dla niej znaleźć
pomieszczenia. Na Sylwestra
Annę z córką Marią, szarówka
złapała we wsi i musiały zanoco-
wać. Chciały dołączyć do grupy
kobiet udających się do Jacychy,
ale ich nie wzięły. Uznały, że to
zbyt duża grupa na jeden dom.
Poszły więc na nocleg do spo-
krewnionych Ukraińców na Ka-
mionkę. Rano wracając do domu,
spotkały koło Wuzera biegnącą
Annę Mazur. Trzęsąca się jeszcze
ze strachu kobieta, opowiedziała
im krótko o strasznym mordzie i
poleciała dalej. Odmówiły dwie
modlitwy: jedną za zmarłych, a
druga dziękczynną za uratowanie
życia. Już trzeci raz otarły się o
śmierć: pierwszy raz 11 listopada
u Rarogów, drugi w wigilię u Ra-
rogów i teraz trzeci.
Około godziny dziesiątej, w ko-
ściele zgromadziła się grupka
ludzi. Ostatni raz wyprowadzi-
łem księdza do ołtarza w naszej
świątyni. Smutna była ta uroczy-
stość pożegnalna, smutne świę-
ta, smutny ksiądz i gromadka
przygnębionych ludzi. Pierwszy
raz prawie pusty był kościół na
Boże Narodzenie. Pierwszy raz
nie rozbrzmiewał radosnymi ko-
lędami. Ksiądz pożegnał uczest-
niczących w nabożeństwie pa-
rafian i prosił aby przenieśli się
do Załoziec, bo już dość męczeń-
skiej krwi wsiąkło w tą ziemię.
Zaufajmy Matce Bożej, a ona
przeprowadzi nas przez to morze
krwi i nienawiści i doprowadzi
do jakiejś spokojnej przystani.
Byłam jeszcze z mamą w Gonto-
wie, wspomina G. Szeląga, choć
dużo przeniosło się już do Zało-
ziec. Wieczorem gromadziliśmy
się w środku wioski pod górą i
na zmianę trzymaliśmy wartę.
Każdy podejrzany ruch wyganiał
nas z ciepłego domu na mróz. W
ten pamiętny wieczór gdy padły
pierwsze strzały, ruszyłyśmy
przez górę pod las. Tam patrzy-
my, a z krzaków wychodzi męż-
czyzna. Bandyta, bo kto inny
mógł być w lesie. Ale słyszymy
woła po polsku: "Chodźcie bli-
żej, nie bójcie się". Okazało się,
że to Szczepko Olejnik. Jak raz
był w Gontowie i uciekając do-
tarł tu chwilę przed nami.
Strzały do kobiet usłyszał Maciej
Szeliga. Jak zobaczył zbliżają-
cych się banderowców, zaczął
uciekać przez sad. Zastrzelili go
gdy przełaził przez płot. Wisiał
tam do wiosny. Tak opisał te zda-
rzenia Władek Bieniaszewski.
Tuż przed ewakuacją, z ciotką
Kupkową i Marysią Taćczyną,
pojechałyśmy po paszę dla zwie-
rząt. Też zeszło nam do wieczo-
ra i z duszą na ramieniu wraca-
łyśmy o zmroku. Pod Blichem
chłopiec ukraiński ostrzegł nas,
że dalej stoją banderowcy. Co
robić? Ni do przodu ni do tyłu.
Podjęłyśmy desperacką decyzję.
Ja z ciotką wcisnęłyśmy się w
słomę, a Marysia pociągnęła ba-
tem po koniach i z kopyta ruszyła
do przodu. Rozstąpili się. Zmy-
liła ich pora. Polacy nie jeździli
tak późno.
Tuż po zastrzeleniu Macieja, ra-
busie otoczyli na podwórzu ro-
dzinę Szeligów (Tomasz, Anna,
Eugeniusz) i trzy sąsiadki. Ban-
dyci doskoczyli do kobiet i zapy-
tali: "Wy Polki?". Tak, odpowie-
działa Anna. Padł strzał i kobieta
osunęła się na ziemię. Gienkowi
kazali zdjąć wojskowy pas. Gdy
między nimi wywiązała się kłót-
nia kto ma go wziąć, chłopak wy-
cofał się za budynek i opłotkami
uciekł do Milna. Tomkowi kazali
zdjąć filcowe buty, ale przy zdej-
mowaniu oderwała się podeszwa,
więc zrezygnowali z nich. Prze-
łożyli tylko na swój wóz przed
chwilą wykopany kuferek oraz
worki ze zbożem i odjechali. To-
mek pochował żonę na pogorze-
lisku stodoły. Już nikt po tym nie
odważył się pojechać do wioski.
Jest to relacja Jana Szeligi. Znał
to z opowiadania ojca i brata. On
w tym czasie był na wojnie.
Nie zakończył jak zwykle na
święta mszy kolędą, lecz wzniósł
oczy na obraz w ołtarzu i zain-
tonował:
"Matko Najświętsza do Serca
Twego".
Tej nocy na Kamionce banda za-
mordowała cztery osoby: Annę
Dec, małżeństwo Dziobów (Mi-
kołaj, Agnieszka) i nocującego
u nich Jana Majkuta. Annę zamę-
czyli powolnymi torturami. Miała
wyrwany język, wydłubane oczy
i liczne rany. Dziobów i Majkuta
zamordowano w łóżkach.
Patrzyłyśmy na płonącą wieś, jak
ogień się rozprzestrzenia i poże-
ra nasze domy - jak kona nasze
sioło. Sioło które niedawno zale-
czyło ostatnie wojenne rany. Sta-
łyśmy jak porażone, nie zdolne
do płaczu, ale łzy same toczyły
się po policzkach.
W kościele rozległ się szloch i ze
stłumionych łkaniem piersi wzbi-
ła się skarga, a zarazem prośba:
"... i gdzież pójdziemy i gdzie ra-
tunku szukać będziemy. Twojego
ludu nie gardź prośbami..."
Ludzie wychodzili z kościoła
przygnębieni, ale z nadzieją, że
nasza Opiekunka pomoże nam,
da spokojne noce, oddali widmo
śmierci i przywróci dawną ra-
dość życia.
Przed wyjazdem, Antek Góral
poszedł do Mszańca, pożegnać
się z ciotką Ukrainką. Nocą
- wspomina - przyszło trzech
banderowców. Kto to? To mój
syn odpowiedziała. Rąbnął ją
kolbą w piersi aż się zatoczyła.
Dlaczego strzelałeś do nas 11 li-
stopada w Milnie ? Nic nie od-
powiedziałem, bo oni i tak już
wydali wyrok. O moim pobycie,
doniósł sąsiad ciotki. Skierowali
się ze mną na Ditkowce. W lesie
zatrzymali się na papierosa. Gdy
zapalali i ogień trochę ich ośle-
pił, wskoczyłem w krzaki i co sił
w nogach pognałem przez las.
Udało się. Wychodziłem z zało-
żenia, że lepiej zginąć od kuli,
niż na torturach. Miałem szczę-
ście. Nie trafili.
Maria Zaleska, cudem przeżyła
tę noc. Nocowała u Ukrainki, ku-
zynki matki. Gdy przyszli po nią
nocą (ktoś wskazał), kobieta bła-
gała ich na kolanach, całowała po
rękach i przywoływała wszystkie
świętości. Udało jej się poruszyć
jakąś ludzką strunę w tych za-
twardziałych sercach. Darowali
Marii życie. Drugi raz udało jej
się wyjść cało spod bandyckiego
noża. Pierwszy dramat przeżyła
we młynie.
Gdy płomienie objęły całą wio-
skę, nadleciał samolot i dość
długo krążył dookoła tego strasz-
nego ogniska. Stąd drogą przez
pola, poszliśmy do Bukowiny.
Na pogorzelisko wróciłyśmy
rano. Tej nocy Maciej Zawadzki
został spalony w szopie, Stefcia
Szeliga w domu, a Rozalii Mia-
zgowskiej obcięli głowę i wbili
na sztachety ogrodzenia.
Na Sylwestra osiem nierozważ-
nych kobiet, które zostały we wsi
na noc, poszło spać do Ukraiń-
ców. Trzy do Syrotiuka, a pięć
do Jacychy. Ktoś doniósł o tym
banderowcom. Od Syrotiuka wy-
prowadzili Annę Czaplę i Annę
Bułę z wnuczką Stefanią Zale-
ską do domu Czappów i tam je
zamordowali. Od Jacychy zabrali
kobiety do Gałuszy. Anię Krą-
piec zastrzelili, Katarzynę Botiuk
udusili, a Katarzynę Krąpiec i Ka-
tarzynę Zaleską, zakłuli kosami.
W wigilię zostałem z mamą w
domu. Noc przetrwaliśmy w
piwnicy spalonego budynku. Tej
nocy grupa banderowców wypra-
wiła się na plebanię. Przy ulicy
u Rarogów 32, chwycili Piotra
Czaplę , który pilnował śpiących
w mieszkaniu kobiet i dzieci.
Musiał się zdrzemnąć skoro ich
nie zauważył. Razem z nim we-
szli do mieszkania. O dziwo dali
się ubłagać i darowali im życie
pod warunkiem, że nie pojawią
się więcej we wsi. Mikołaj Ba-
ran, jak raz stał na warcie od
strony ogrodów i to uratowało
mu życie. Mężczyznę na pew-
no by zastrzelili. Piotra zabrali,
aby zaprowadził ich na plebanię.
Od razu przypuścili szturm do
głównego wejścia. Ponieważ nie
udało im się sforsować mocnych
drzwi, ruszyli pod boczne wej-
ście od kuchni. Piotr wykorzystał
to i uciekł. Ksiądz też otworzył
frontowe drzwi, wybiegł na plac
i poza kościół poleciał do ulicy.
Przy dzwonnicy przewrócił się.
Następnie drogą okrężną dotarł
aż na ogród Hajdów. Tam ledwie
dysząc, padł na kopcu ziemnia-
ków. Obcego zauważył czuwa-
jący, ukryty gospodarz. Chciał
strzelać, ale tknięty przeczuciem
Ten samolot to nie przypadek.
Taki sam krążył wokół Bukowi-
ny i Kamionki w czasie napadu
11 listopada. Nasuwa się więc
prosty wniosek: władze wiedzia-
ły o mających nastąpić napadach
i banderowskich decyzjach spa-
lenia wsi. Na pewno robił zdjęcia
i gromadził dowody zbrodni.
Był to ostatni mord w Milnie.
Tych 9 bezbronnych kobiet, w
tym 2 młode dziewczyny, oraz 2
mężczyzn, złożyło ostatnia ofia-
rę krwi i życia ojczystej ziemi.
Gontowa taką ofiarę złożyła w
wigilię Bożego Narodzenia. W
sumie w Milnie zginęło 35 osób:
22 z Bukowiny, 9 z Kamionki, 2
z Podlisek i 2 z Krasowiczyny.
Gontowa zamknęła swoje straty
liczbą 19 osób, w tym 3 Gonto-
wianki z Ditkowiec.
Większość Ukraińców akcepto-
wała działalność UPA, ale nie
wszyscy. W tym morzu bezpra-
wia, przemocy i okrucieństwa,
zdarzały się odruchy ludzkie.
Przeżycie 13 osób u Rarogów,
czy Bronka Krąpca z matką 11
listopada, dowodnie to potwier-
dza.
Rano wszedł tam Ukrainiec Piotr
Futryk, wyciągnął jednej z ko-
biet kosę z brzucha i powiedział:
"Tak ludzie nie postępują". Był
to uczciwy i szanowany czło-
wiek. Jeden z nielicznych którzy
nie dali się wciągnąć do rzezi.
Po tym napadzie, Gontowa cał-
kowicie opustoszała. Ostatni jej
mieszkańcy również przenieśli
się do Załoziec, podobnie jak
polska ludność Milna. Dorośli
jeździli jeszcze po ukryte zapasy
żywności i paszę, ale na noc wra-
cali do miasta.
Liczba ofiar byłaby znacznie
większa, gdyby nie ciągłe czu-
wanie na punktach obserwacyj-
nych i nasłuch. Decydująca w
tym była oczywiście obrona wio-
ski w dniu głównego napadu, 11
listopada 1944 roku.
Z tej grupy uratowała się tylko
Anna Mazur, która wsunęła się
pod łóżko. Bandytów chyba za-
ślepiło - wszędzie szukali a tam
nie. Według jej relacji, wszystkie
się gorąco modliły, a Katarzyna
Krąpiec, wychodząc na egzeku-
cję powiedziała: "No to chodźmy
na tą naszą Golgotę".
Gdy rizuni wrócili, a usłużna
gospodyni podała im wodę do
obmycia z rąk krwi, jeden po-
wiedział : "Ja nie muszę myć, ja
Do tej kategorii z całą pewno-
ścią należał Futryk. Uczciwy i
powszechnie szanowany czło-
wiek. Swój sąd o rizunach wy-
dał w mieszkaniu Gałuszy. Przy
zamordowanych kobietach wy-
powiedział proste ale znamienne
słowa: "Tak ludzie nie postępu-
ją".
Dwa dni po spaleniu Gontowy,
kilka furmanek pojechało na po-
gorzelisko po zakopane zapasy.
M.Miazgowska i B.Olszewska
chciały ponadto przekazać oca-
lały sprzęt i trochę zboża krew-
niaczkom z Ditkowiec, które
wyszły za Ukraińców. Po zała-
dowaniu dobytku, wyruszyły w
drogę. Wyprawa wydawała im się
bezpieczna. Był dzień a w grupie
Ten rok zakończył dzieje polskiej
części Milna i Gontowy, choć
ostatni mieszkańcy obydwóch
wsi, wyjechali na zachód dopiero
wiosną w kwietniu 1945 roku.
24 grudnia dla Gontowy i 31
grudnia dla Milna, można uznać
Piotr Syrotiuk , też nie zaakcep-
tował rzezi. Wstąpił do Wojska
Polskiego, a rodzinie polecił wy-
Strona 2 - Kresowy Serwis Informacyjny - 1 grudnia 2011
HISTORIA - WSPOMNIENIA - RELACJE
Były takie święta...
jechać z Polakami.
byłej odsieczy nie znalazły się w za-
sięgu banderowców. Z napadniętych
miejscowości dochodziły sprzeczne
wieści, ale każda budziła grozę.
Przybyła z odsieczą kompania por.
Stanisława Kądzielawy "Kani" ru-
szyła z miejsca do ataku ze śpiewem
"Nie rzucim ziemi".
W brawurowym, desperackim ataku
złamała opór banderowców i wypar-
ła ich z zasmyckiej bazy, ocalając ży-
cie kilku tysiącom ludności polskiej.
Wśród schwytanych banderowców
znalazł się i pop z dużą ilością szat li-
turgicznych, zrabowanych w katolic-
kich kościołach, który miał odprawić
w zdobytym zasmyckim kościele
"dziękczynne modły za zwycięstwo".
Po powrocie do Zasmyk pobiegłem
zaraz na przykościelny plac, gdzie
zwożono pomordowanych i pole-
głych w bitwie żołnierzy samoobro-
ny. Na zakrwawionym śniegu leża-
ło już kilkadziesiąt ciał. W pamięć
wryły mi się cztery leżące obok
siebie ciała z przykrytymi głowami.
Były to dwie może dziesięcioletnie
dziewczynki, ich mama i babcia,
która - jak mówiono tam - przybyła
do nich, by razem spędzić święta.
Tomko obsługujący młyn Po-
mysa, prawdopodobnie wiedział
gdzie rodzina jest ukryta, ale nie
zdradził chlebodawcy. Nie otwo-
rzył też od razu drzwi banderow-
com i dał czas ukryć się Bartko-
wi i Marysi Zaleskiej.
matycznych warunkach przyszły
święta. Wieczór wigilijny był szary
i smutny. W Wigilię chwycił przy-
mrozek. Na wieczornym niebie,
zamiast symbolicznej gwiazdki,
rozlała się czerwona łuna płoną-
cych gdzieś za czarną ścianą lasu
domostw. Ludzie z lękiem spoglą-
dali na niebo przyjmując łunę za
złowieszczy znak. I chociaż w cia-
snej, wilgotnej izdebce zapłonęły na
choince resztki cudem uratowanych
świeczek, przypominających inne
czasy, nas nie opuszczało przygnę-
bienie, poczucie beznadziejności i
lęk o najbliższą przyszłość.
Po podzieleniu się opłatkiem i zło-
żeniu sobie życzeń, jakże kontra-
stującymi z realiami, dziadzio nasz,
jak to były w zwyczaju, zaintono-
wał "Bóg się rodzi". Pozostali zrazu
pochwycili kolędę, ale zaraz śpiew
się urwał, a po chwili odezwał się
stłumiony szloch. Ból i wielkie po-
czucie krzywdy znalazło ujście w
bezsilnych łzach. Było mi bardzo
żal ciężko chorej mamy, która zda-
na już na najgorsze, leżała cichutko
przy chłodnej, wilgotnej ścianie z
kawałeczkiem opłatka w ręce. Ode-
szła od nas kilka dni później w noc
mroźną i szalejącą zamieć.
Feliks Budzisz
Banderowcy dostali się do Radom-
la na wozach przykrytych słomą,
powożonych przez woźniców w
niemieckim umundurowaniu. Miej-
scowa samoobrona, nie chcąc wcho-
dzić w konlikt z Niemcami, szybko
ukryła broń i pośpieszne ruszyła do
domów. Gdy furmanki znalazły się
między zabudowaniami, spod słomy
wyskoczyli po zęby uzbrojeni ban-
derowcy i rozpoczęli krwawe żniwo.
Natychmiast dołączyły do nich wata-
hy czatujące w okolicznych wsiach.
Święta Bożego Narodzenia należą
niewątpliwie do najpiękniejszych.
Towarzyszy im niepowtarzalna uro-
kliwa atmosfera, nasycona rado-
snym, uroczystym nastrojem, otwar-
tością na przebaczenie i pojednanie.
Nie zapominajmy jednak, że były
takie święta, którym nie towarzyszył
nastrój błogiej radości, nadziei i po-
czucia bezpieczeństwa.
Milka Baran wracała wieczorem
z Kamionki do Załoziec. Na Kra-
sowiczynie spotkała znajomego
Ukraińca, który gdy się zorien-
tował dokąd zmierza, bez waha-
nia zaprosił ją na nocleg. Ocią-
ganie przeciął krótkim "Chody"
(Chodź). Nocą przyszli bande-
rowcy. Chcieli ją zabrać i zamor-
dować, ale on zasłonił ją sobą
i powiedział - "Wpered mene"
(Najpierw mnie). Odeszli. Miał
rozeznanie i wiedział, że nie do-
szła by wieczorem do Załoziec.
Ratował ją z rozmysłem, choć
nie spodziewał się za to pochwał
od bandy. Był Ukraińcem ale z
normalnym ludzkim odruchem.
Rok 1943 okazał się najokrutniejszy
i najtragiczniejszy dla ludności pol-
skiej w ubiegłym wieku. W tym roku
krwawą hitlerowską okupację do-
pełnił zbrodniczy ukraiński nazizm,
który "uzasadnił" i rozpętał okrutny
terror śmierci przeciwko ludności
polskiej, najpierw na Wołyniu, a
następnie na całych Kresach Połu-
dniowo-Wschodnich II Rzeczypo-
spolitej. Polacy z tych ziem, nawet ci
zamieszkali tam z dziada pradziada,
mieli podzielić los ludności żydow-
skiej.
Radomle i Janówka spłonęły, a komu
z mieszkańców nie udało się uciec
lub ukryć zginął od kuli, kolby ka-
rabinu lub spłonął żywcem. Straty w
ludziach wynosiły ponad 50 osób za-
mordowanych i kilkunastu rannych.
W Radomlu - wspomina Janina Ra-
czyńska-Gruszka - w małym wiej-
skim domku mieszkało nas sześć
rodzin. Wczesnym rankiem wybiera-
liśmy się do kościoła. Nagle do poko-
ju wpadł wujek krzycząc, że we wsi
są banderowcy. Ogarnęło nas śmier-
telne przerażenie. Wujek chwycił
za widły i zaryglował drzwi, ale po
chwili uchylił je, by się zorientować
w sytuacji. W tym momencie padł
strzał i moja siostra, która przyjecha-
ła do nad z Kowla na święta osunęła
się na twarz. Gdyśmy ją odwrócili,
powiedziała tylko "tato" i zmarła.
Podczas ucieczki babcia została
ranna - pocisk karabinowy strza-
skał kolano. Błagała wnuczki i ich
mamę, by ratowały się ucieczką, ale
one nie chciały rozstać się z ranną
babcią. Banderowcy dopadli je i -
oszczędzając amunicję - roztrzaska-
li im głowy kolbami. Teraz leżały
małe, jakby skulone z przerażenia.
A wczoraj, jak wszyscy tu leżący w
długim szeregu, dzieliły się opłat-
kiem, składały życzenia i śpiewały
kolędy, z nadzieją w sercu na lepszy
czas.
Suchecka Maria (Małanka), mo-
gła za ukrywanie Polaków zapła-
cić życiem. Na pewno się bała,
ale nie mogła obojętnie patrzeć
na poczynania banderowców i
jak mogła ratowała niewinnych
ludzi. Na Sylwestra w jej domu
nocowała pięcioosobowa rodzina
Pawłowskich, a na strychu obory
Piotr Czapla.
I wyrok ten - zapisany w hymnie
OUN-UPA złowieszczymi słowami
"Smert' Lacham" - był realizowany
z największą zajadłością i okrucień-
stwem. W tamtym apokaliptycznym
roku masowe mordy ludności pol-
skiej, dokonywane przez OUN-UPA,
przy udziale miejscowych nacjonali-
stów, objęły cały Wołyń. W lipcu za-
groziły ludności polskiej w powiecie
kowelskim. Wobec śmiertelnego za-
grożenia konspiracyjna AK organi-
zuje samoobrony, które desperacko
walczą o ocalenie swoich rodzin.
Wczesnym rankiem dotarła do nas
alarmująca i przerażająca wiado-
mość: na sąsiadujące z Zasmykami
kolonie - Radomle i Janówkę - napa-
dli banderowcy i zbliżają się do Za-
smyk. Zza olszyn dochodziła do nas
nasilająca się strzelanina, krótkimi
seriami biły karabiny maszynowe.
Nad koloniami unosiły się groźne
kłęby czarnego dymu. W szalonym
pośpiechu zebraliśmy się do uciecz-
ki. Nasz naprędce i byle jak załado-
wany wóz z chorą mamą dołączył do
długiego już szeregu wozów i sań z
biegnącymi obok ludźmi, najczęściej
starcami, kobietami i dziećmi, popę-
dzającymi konie do biegu.
O skali zagrożenia, świadczy
mord siedmiu kobiet w sąsied-
nich domach. O skali lęku z kolei,
postawa Piotra. Siedząc na stry-
chu, słyszał strzały. Wiedział, że
Ukraińcy nie strzelali na wiwat.
Rano gdy zobaczył mamę, Stefkę
i babkę łuciową, zamordowane w
swoim domu, tak się przeraził,
że zdołał jedynie poprosić Fu-
tryka aby zajął się pogrzebem,
zaprzągł konie, wskoczył na wóz
i galopem odjechał do Załoziec.
Nawet nie wie gdzie mama jest
pochowana.
W sąsiednich zabudowaniach bro-
niono się, ostrzeliwując napastni-
ków. Jednak po kilku minutach jeden
z bandytów podbiegł do domu i pod-
palił strzechę. Dom szybko stanął w
płomieniach. Zdecydowaliśmy się
uciekać. Wyskakujemy przez okno,
bandyci biją po nas z broni maszyno-
wej z małej odległości.
"Lulajże, Jezuniu, lulajże, lulaj,
A Ty Go, Matulu, z płaczu utu..."
Od tamtych krwawych świąt minę-
ło już tyle lat, a wstrząsający widok
leżących na zakrwawionym śniegu
martwych dzieci - moich wówczas
rówieśników - często staje mi przed
oczyma. Od tamtej pory nie miałem
świąt Bożego Narodzenia, które nie
przywiodłyby mi na pamięć tam-
tego wstrząsającego widoku. A są-
dzę nawet, że sprzeniewierzyłbym
się Oiarom tamtego ludobójstwa,
gdybym o Nich zapomniał, gdybym
o Nich nie przypomniał, przecież
MARTYTUT VIVENTES OBLI-
GANT!
Jedna z samoobron powstaje w po-
łowie lipca w Zasmykach i przyle-
głych polskich koloniach - Janówce,
Radomlu, Stefanówce i Gruszówce.
Latem i jesienią tamtego roku do za-
smyckiej samoobrony uciekają przed
rzeziami tysiące Polaków. Kolonie są
w najwyższym stopniu przeludnio-
ne, wiele rodzin mieszka w naprędce
skleconych szałasach i ziemiankach.
Dokucza dotkliwie brak żywności,
również dla zwierząt oraz chłód,
choroby i nieustanny lęk o najbliższą
przyszłość.
Wokół bazy samoobronnej OUN-
-UPA gromadzi siły, również miej-
scowych rizunów, by dokonać
zagłady ocalałej z pogromów lud-
ności. I tylko dzięki mądrości do-
wódców, legendarnych "Jastrzębia"
i "Sokoła", bohaterstwu żołnierzy
i szczęśliwemu zbiegowi okolicz-
ności samoobrona oparła się bar-
barzyńskiej nawale, ratując życie
tysięcy ludności.
Padają zabici i ranni. Wyskakuję i ja,
padam w żywopłot. Widzę, że mam
leży obok z krwawiącą ręką. Zdej-
muję chustkę z głowy i staram się
zatamować krew, ale bezskutecznie.
Niezborne ręce. Odciągam mamę
kilkanaście metrów i podrywam
ją do ucieczki w pobliskie zarośla.
Nagle słyszę za sobą tętent kopyt
końskich - goni nas banderowiec
krzycząc: "Stój, ty lacka morda!" Pa-
damy obie w krzewach, mama traci
przytomność, ja odczołguję się kilka
metrów.
Tabor ciągnął pośpiesznie w stro-
nę dużego masywu leśnego - Lasu
Lityńskiego, gdzie spodziewano
się znaleźć schronienie. Nierzadko
furmanki zjeżdżały z zatłoczonej
wąskiej grobli, gubiąc toboły i wy-
wracając się na zasypanych śniegiem
dołach. Wyrzucone w śnieg dzieci
zanosiły się od płaczu, kobiety bła-
gały o pomoc.
To tylko przykłady. Ukraińców
którzy nie akceptowali działal-
ności OUN i UPA było wielu,
ale sterroryzowani milczeli. Na
otwarty sprzeciw, decydowali się
tylko najodważniejsi. Na szali
stawiali swoje życie. Syna Nako-
necznych z lasu, za ostrzeżenia
Polaków, jakby na podkreślenie
rodzaju winy, zabili strzałem w
otwarte usta.
A trzeba w tym miejscu dodać, że
w innych miejscowościach przy
wigilijnych stołach upowcy zamor-
dowali ponad 100 osób. I pomyśleć,
że sekretarz generalny (były) Unii
Wolności M. Czech miał czelność
upowszechnić przy pomocy "Gaze-
ty Wyborczej" jeden z największych
blefów minionego stulecia, że "UPA
to cześć i duma Ukrainy"! Jak może
teraz spojrzeć w twarz Oiarom pie-
kielnego, banderowskiego terroru?!
Mimo objawów paniki, uciekający
w gorączkowym pośpiechu udzielali
pomocy. Widok pędzących w kierun-
ku Janówki sań z polskimi partyzan-
tami nieco nas uspokoił, wzbudził
nadzieję na wyparcie banderowców
z zasmyckiej bazy. I tak się stało. Po
południu strzały ucichły. Wróciliśmy
do Zasmyk, które dzięki w porę przy-
Bandyta podjeżdża do mamy, zdej-
muje karabin i mierzy do niej..., po
czym galopem odjeżdża. Siadam
otępiała na śniegu, widzę leżącą
mamę... Płonie cała wieś, słychać
gęste strzały i krzyki mordowanych.
Po chwili zrywam się do ucieczki...
Adolf Głowacki : Fragment
-„LATA BEZPRAWIA, MORDU
I POŻOGI ”(5)
http://milno.pl/readarticle.
php?article_id=64
W tych niewyobrażalnych dra-
Kresowy Serwis Informacyjny - 1 grudnia 2011 - strona 3
HISTORIA - WSPOMNIENIA - RELACJE
Partyzancka wigilia oddziału AK
„Wujka – Bomby”
Święta
Olgierd Kowalski
O zmierzchu wkraczamy do Ku-
piczowa, trochę nietypowego dla
Wołynia osiedla. Zabudowa dość
zwarta na wzór miasteczkowej.
Rozkwaterowujemy się w parte-
rowym budynku szkoły. Idzie to
bardzo sprawnie, bowiem musi-
my się spieszyć do remizy stra-
żackiej, gdzie przygotowano dla
naszych dwóch oddziałów kola-
cję wigilijną. Szybko rozścielili-
śmy pod ścianami świeżą słomę.
Napaliliśmy w piecach. Zasłonili-
śmy okna i przeczyściliśmy broń.
Ryszard Zaremba
Nad ranem przyszliśmy do opusz-
czonych zabudowań kolonii polskiej
Folwark-Osty, /…/. W ten sposób w
wigilię Bożego Narodzenia znaleź-
liśmy się ponownie w odległości 10
km od Sarn. Byliśmy wszyscy bar-
dzo zmęczeni. Po nieprzespanych
dwóch nocach i przebytych w cią-
gu półtoradniowego marszu 60 km
drogi, marzyliśmy tylko o jednym,
aby gdzieś się zdrzemnąć. Tymcza-
sem chałupy były prawie wszystkie
na pół rozwalone, często bez drzwi
i okien, z uszkodzonymi piecami.
Nie mieliśmy w dodatku co jeść,
gdyż nasze mizerne zapasy już się
wszystkie skończyły. Bardzo wielu
spośród nas miało w Sarnach rodzi-
ny lub bliskich znajomych. Część z
nich od razu zaczęła się szykować
na stałe odejście do swych rodzin,
jak np. chorzy na tyfus, i gorączku-
jące rodzeństwo Natalia – „Doczka”
i Mieczysław – „Mat” Meglero-
wie, Mieczysława Chorązyczew-
ska, Kłosińska ze swoim synkiem
Rysiem i inni. Część udała się do
swoich rodzin na przepustki świą-
teczne jak np. Wiesław Różanek.
Jak się później okazało w tym cza-
sie w Sarnach, gdzie przebywał mój
wujaszek Dionizy Libera, brat mojej
matki oraz inni krewni i znajomi z
Huty Stepańskiej, ale o tym wtedy
nic nie wiedziałem.
Po względnym uporządkowaniu
zajmowanych chałup i krótkiej
drzemce, zaczęliśmy się szykować
do obchodu Wigilii. Prawie w każ-
dej chacie znalazła się przyniesiona
z pobliskiego lasu choinka sosnowa.
W remizie było tłoczno. Powital-
ną mowę trzymał któryś z Cze-
chów. W rozgardiaszu i ogólnym
gwarze docierały do mnie w zasa-
dzie pojedyncze słowa. Udało mi
się zrozumieć jedynie że: "Kupi-
czów, Kupiczów a teraz Warsza-
wa".
Co nieco zjadłem, potem kolę-
dowaliśmy, a nawet włączyliśmy
się do śpiewania czeskich kolęd,
których proste melodie i słowa
łatwo wpadały w ucho. Do dzi-
siaj pamiętam niektóre fragmenty
kolędy "Narodilse Christus Pan
radujmese". Spiewanie to dawało
nam dużo radości.
śmy kilka suchych szyszek oraz
skorupek z jaj, które udało nam się
pomalować itp. Tak, że choinka byłą
ozdobiona. Znalazła się też świeca.
Nie mieliśmy opłatków, ale pozo-
stało jeszcze trochę suchego chleba.
Podporucznik „Słucki” wziąwszy
kromkę chleba, chodził po chału-
pach od plutonu do plutonu i dzielił
się z nami tym opłatkiem Składając
sobie wzajemnie życzenia, niektó-
rzy płakali. Tyle przecież tragedii w
ciągu minionego roku przeżyliśmy.
Takie nastąpiły zmiany, że strach
był o tym myśleć. Jeszcze rok temu
datku chora ZA Słuczą, mój najlep-
szy kolega i kuzyn Heniek Sawicki
zginął kilka dni temu towarzysząc
”Wujkowi” w Zawłoczu, drugi
szkolny kolega Bolek Roman zginął
pod Wilią. Pozostałą nas jednak
spora grupa, tych co wyszli z Huty
Stepańskiej, moich starszych kole-
gów i znajomych. Stąd też pociesza-
liśmy się wzajemnie, życząc sobie
zgodnie z „ruciańskim” obyczajem:
- „Daj Boże za rok doczekać!”…
Zasiedliśmy potem przy rozpalo-
nym piecu i zaczęliśmy śpiewać ko-
lędy, których znaliśmy wszyscy bar-
dzo wiele. Zrobiło nam się wtedy
jakoś lżej. Po północy poszedłem z
kolegą szkolnym Stefanem Zieliń-
skim na wartę i tak rozpoczęły się
dla nas Święta Bożego Narodzenia.
rze węgierscy, zbierając siano ze
stogów dla swoich koni. Ponadto
w pobliżu w Sarnach znajdował się
silny garnizon niemiecki. Mieliśmy
w tym czasie duże trudności w zdo-
byci w tej okolicy żywności.
Trzydobowa wędrówka, nieusta-
jące napięcie dały znać o sobie.
Niebawem razem z większością
kolegów powróciłem na kwaterę.
Kilku z naszych chłopaków zacho-
rowało na tyfus plamisty. Na szczę-
ście zaopiekowała się nimi grupa
uczynnych ludzi z Sarn. W okresie
świątecznym grupa zwiadowców
z wachmistrzem „Czarnym” zro-
biła wypad do Młyńska, gdzie „za-
kłócono” zabawę zorganizowaną
przez miejscowy garnizon niemiec-
ki w „ domu ludowym”. Po dwóch
dniach nieobecności powrócili bez
strat. Po czterech dniach względ-
nego odpoczynku, wieczorem 27
grudnia, wyruszyliśmy w dalszą
drogę na zachód. Odeszło od nas
w tym czasie z różnych względów
18 osób. Oddział nasz liczył w re-
zultacie około 200 zaprawionych w
walce żołnierzy zdecydowanych na
wszystko.
W czasie Świąt spodziewano się
napadu. Wprawdzie miejscowa
czeska placówka samoobrony pil-
nowała czujnie bezpieczeństwa,
wzmocniono załogę paroma na-
szymi karabinami maszynowymi,
ustawionymi w bunkrach. Oka-
lające miasteczko wzmocnienia,
stanowiska strzeleckie i zasieki
z drutu kolczastego pozostawili,
stacjonujący tu przedtem w służ-
bie niemieckiej Litwini (szaulisi).
Dopiero po południu pierwsze-
go dnia Świąt przyjechało do nas
z Sarn sporo osób, aby odwiedzić
tu swoich znajomych i krewnych.
Pamiętam, że dostałem od kogoś
kawałek bułki świątecznej. Już od
dawna nie jadłem żadnego słodkie-
go ciasta i może dlatego smakowało
wyjątkowo.
Przebywając przez kilka dni w ko-
lonii Folwark – Osty, musieliśmy
mieć się na baczności, gdyż w oko-
licy kręcili się w tym czasie żołnie-
Rano w pierwszym dniu Świąt
w trybie alarmowym poderwano
nas na nogi. Od strony Świnia-
rzyna podchodzą banderowcy.
Na Kupiczów wystrzelono parę
pocisków artyleryjskich. Błyska-
wicznie jesteśmy gotowi do akcji.
Spokojnie, czwórkami maszeru-
jemy na plac alarmowy. Są już
"Jastrzębie" i członkowie miej-
scowej placówki. Stajemy w kar-
nym dwuszeregu. Z drewnianej
dość wysokiej wieży obserwator
lustruje teren. Jest mroźny, rześki
zimowy ranek. Pola pokryte śnie-
giem, widoczność dobra. Stoimy,
przytupujemy dla rozgrzewki.
Miejscowe dziewczęta przynoszą
gorącą kawę. Na ich twarzach
maluje się niepokój. Pomału sy-
tuacja się wyjaśnia. Zasadnicze
uderzenie banderowców skon-
centrowane jest koło Zasmyk. W
tym rejonie UPA podstępnie za-
atakowała placówkę polską Ra-
domle. Udając Niemców wiozą-
cych słomę dostali się do wioski.
Żołnierze samoobrony pochowali
broń i rozeszli do domów. Wtedy
poubierani w niemieckie mun-
dury wozacy, wraz z ukrytymi w
słomie striłcami rozpoczęli rzeź
polskich rodzin. Zanim z odsieczą
nadciągnął por. "Kania" zginęło
(Fragment z książki Czesława Pio-
trowskiego pt. „Przez Wołyń i Pole-
sie na Podlasie”
Wybrał: Ryszard Zaremba )
W naszym plutonie udekorowali-
śmy ją łańcuszkami i wisiorkami
wykonanymi ze słomy, zrobiliśmy
kilka wycinanek z papieru znalezio-
nego na strychu, w postaci anioł-
ków, gwiazdek, bombek. Zawiesili-
Święta Bożego Narodzenia obcho-
dziłem w domu z ojcem, bratem,
siostrą. Matka już tedy nie żyła.
Dzisiaj zostałem sam. Ojciec i brat
Henryk zostali zamordowani, sio-
stra Mira również samotna i w do-
Strona 4 - Kresowy Serwis Informacyjny - 1 grudnia 2011
HISTORIA - WSPOMNIENIA - RELACJE
Święta których nie można zapomnieć
około 50 osób z pośród ludności
cywilnej.
Na plac alarmowy zajeżdżają sa-
nie, błyskawicznie ładujemy się
na nie. Oddział "Sokoła" też rusza
w bój. Na twarzach żołnierzy nie
widać lęku. Jedna z załóg rozpo-
czyna radośnie brzmiący śpiew.
Pozostałe załogi podchwytują me-
lodię. Urzeka żołnierska jedność
i chęć walki. Z lityńskiego lasu
witają nas banderowcy seriami z
karabinów maszynowych. Padają
konie pierwszych sań. Zeskaku-
jemy i pędzimy po śniegu lekko
pod górę w kierunku przeciwnika
usadowionego w rowie na skraju
lasu. Natarcie posuwa się bardzo
szybko, mimo to por. "Sokół" nie
schodząc z konia zachęca żołnie-
rzy do zwiększenia tempa. Kule
gwiżdżą często, ale dzięki Bogu
nikt nie pada. Trzymam się blisko
"Słowika". Obsługuje on karabin
maszynowy tzw. "pieska". Jest
to sowiecka broń typu tokarewa,
wymontowana z jakiegoś czołgu.
Ciężkie toto jak nieszczęście, ma
dość krótką lufę, czyli niewielki
zasięg i ciężkie magazynki (dyski
z piętrowo ułożonymi nabojami).
pomyślałem z niepokojem oglą-
dając się do tyłu. Nie zauważy-
łem leżących nieruchomo postaci.
Chyba nie jest źle! Docieramy do
rowu, skąd ostrzeliwali się Ukra-
ińcy. Pełno wystrzelonych poci-
sków. W kilku miejscach pokaźne
ślady krwi. A więc mieli rannych,
czy też zabitych. Ruszamy w po-
ścig. Widzimy jak pod cofających
się Ukraińców podjeżdżają sanie.
"Patrzaj, jak polka tancuje", sko-
mentował Słowik gwałtowne re-
akcje przepłaszanych jego seria-
mi banderowców.
Bogusław Szarwiło
więcej, był też dowódca podporucz-
nik Tadeusz Paszkowski. Zobaczy-
łem Dulbę i Grochowskiego, który
wyskoczył z domu, z którego wcze-
śniej się bronił. Dowódca rozstawił
nas na grobli na skos do Zasmyk,
tworząc bardziej zwartą linię obro-
ny. Ukraińcy wchodzili do wsi i za-
częli podpalać po kolei domy. Ktoś
krzyknął "idą nasi z Zasmyk", za
górką we mgle pojawiły się sylwet-
ki zmierzające w naszym kierunku.
Dulba ruszył na rozpoznanie, z po-
wodu mgły musiał podejść na czter-
dzieści metrów do zbliżających się
osób. Zgodnie z ustalonym hasłem
podniósł karabin kolbą do góry, zbli-
żający się zrobili to samo. Partyzant
zamachał rękami na powitanie, ale
tu w odpowiedzi padły strzały. Dul-
ba upadł, ale na krótko, bo poniósł
się i odpowiedział ogniem, jedna
ze zbliżających się sylwetek padła.
Seria z automatu ponownie rzuciła
partyzanta na śnieg, ale nie na dłu-
go, bo znów poderwał się i strzelił
zwalając następnego przeciwnika
w odpowiedzi grad kul zwalił go na
dobre. Usłyszeliśmy jeszcze jeden
wystrzał z jego broni oddany już
prosto w niebo. Wycofaliśmy się za
budynki Grochowskiego, pierścień
zaczął się zaciskać. Cekaemy i erka-
emy dosłownie szalały, zachłystując
się seriami. Do tego wtórowały im
działka 45mm dokonując znaczne-
go spustoszenia. Koło dziewiątej
przybyły posiłki z Zasmyk, kilka
par sań, co pozwoliło zagęścić linię
obrony. Mimo to płonęło już pół wsi
i nie było wyjścia musieliśmy wy-
cofać się na sam skraj. Dopiero za
wsią w olszynkach ponownie utwo-
rzyliśmy w miarę zwartą linię obro-
ny między Janówką a Zasmykami.
Pamiętam o bok mnie leżał, Mazur,
dalej Krawczak Janek, Markowski
"Sosna" partyzant z odzysku, mie-
dzy nami młody Dunajski z Ra-
domla [ładował magazynki, a uwijał
się jak w ukropie, Ukraińców było
jak szarańczy ], Władek Sakowicz,
Czesiek Lenkowiak, Franek Kwiat-
kowski ze Stanisławówki, Grodzki,
Stefan Frankowski, Gienek Kurzy-
dłowski i Józek Burczak. Zorien-
towałem się że przybyli chłopcy
ze Stanisławówki, było nas więcej.
W pewnym momencie zaczęły się
dziwne ruchy po stronie przeciw-
nika. Na skrzydle, w kierunku na
Stanisławówkę, powstało jakieś
większe zgrupowanie, słychać było
okrzyki, "na Zasmyki, na Zasmyki".
Wykorzystaliśmy to kierując całą
siłę ognia w tą zgraję, co spowodo-
wało spore spustoszenie w szere-
gach Ukraińców. Automat który od-
dał mi Bonek z powodu odniesionej
rany, siał spustoszenie w szeregach
przeciwnika. Jednocześnie atak z
ich drugiego skrzydła zatrzymał się
i zaczęli się cofać. Jak później się
okazało zostali z tyłu zaatakowani
przez oddział partyzancki z Zielonej
,o którym wcześniej mieliśmy nie
najlepsze zdanie. Wykorzystaliśmy
to i ruszyliśmy do kontrataku, a było
to koło południa, jak doszły jeszcze
posiłki z Kupiczowa popędziliśmy
ich jak stado baranów, do rzeki Tu-
rii i za nią .W czasie naszej kontry
na niebie pojawił się niemiecki sa-
molot, chyba ilmował płonące bu-
dynki, ale byli tacy co twierdzili, że
jednak użył działek pokładowych.
Dwunastu chłopaków z samoobro-
ny z Radomla obsadziło most na
rzece i tym sposobem odcięli dro-
gę odwrotu, co zmusiło Ukraińców
do ucieczki "w pław". Tam zdobyli
jedno z ukraińskich działek. Wie-
lu banderowców utonęło pod ła-
miącym się lodem, inni zginęli od
ognia jaki otworzyli z drugiej strony
Niemcy. Dopiero wieczorem wróci-
liśmy do na pół spalonej Janówki,
gdzie dopalały się resztki dorobku
wielu naszych bliskich i sąsiadów.
Nasz dom ocalał, może dlatego, że
stał na uboczu za wsią. Na drugi
dzień trzeba było zmierzyć się z rze-
czywistością jaka pozostała po tej
bitwie. Zginęło siedmiu partyzan-
tów, Stanisław Grochowski ,Stefan
Dulba, Bolesław Gissyng, reszty nie
znałem. Zginął również brat żony,
Antoni Romankiewicz właściwie po
bitwie, w trakcie przelotu niemiec-
kiego samolotu i nie wykluczone,
że był celem dla pilota. Czterech
było rannych, Bonek Sakowicz,
Antoni Kwiatkowski i dwóch mło-
dych chłopaków. Przy okazji warto
powiedzieć, że Kwiatkowskiego ra-
nili w nogę i nie miał jak uciekać,
to schował się do stajni pod żłób i
leżąc strzelał do każdego Ukraiń-
ca, który tam zajrzał, kilku z nich
tam pozostało. Z osób cywilnych
na Janówce zginęły dwie kobiety i
dwoje dzieci uciekinierzy z Wierbi-
cza, oraz Kutta z Batynia. Najwię-
cej osób zginęło w Rodomlu, a to
z powodu zaskoczenia w domach
i w trakcie ucieczki przez górkę,
jaką musieli pokonać zmierzając do
Janówki. Wszyscy mówili, że z sa-
moobrony Lublatyna która przyszła
z pomocą samoobronie Radomla
zginęło piętnastu partyzantów z do-
wódcą Malinowskim na czele, bo po
nich Ukraińcy musieli przejść nie
mając innej drogi odwrotu. Głośno
było o bohaterskiej obronie Wac-
ka Soleckiego z Radomla który z
siostrami skutecznie się bronił we
własnym domu, aż do naszej od-
sieczy. Atakujących nas Ukraińców
było prawdopodobnie koło dwóch
tysięcy, w tym ponad dziesięć sotni
przeszkolonych żołnierzy, nie wy-
kluczone że przez Niemców, na to
wskazywało zarówno uzbrojenie jak
i mundury. To były święta których
nie można zapomnieć. 48 trumien z
Janówki i Radomla spoczęło dzień
po świętach w zamarzniętej wołyń-
skiej ziemi. .
Na kilka dni przed świętami, już
wiedzieliśmy, że "Rudy" szykuje
się do ataku. W Zadybach zbierało
się coraz więcej uzbrojonych upo-
wców, chodziły słuchy, że
przybyło tam kilka sotni. Nasz dom
spełniał rolę placówki samoobrony
Janówki. W wigilię Bożego Naro-
dzenia 1943 roku, przyszło na nocną
wartę sześciu partyzantów, Stefan
Frankowski, Stasiek Grochowski,
Bonek i Stasiek Sakowicze, Cze-
siek Lenkowski i młody chłopak,
którego nazwiska nie pamiętam.
Wartę na dworze pełnili na zmiany
po dwóch, reszta spała na snopkach
słomy w pobliżu pieca w którym
cały czas się paliło. Byliśmy pra-
wie pewni, że do ataku dojdzie wła-
śnie tej nocy. Było bardzo mroźno
i chłopcy marzli, ale wartę pełnili
rzetelnie. Spaliśmy w ubraniach,
żeby nie dać się zaskoczyć, dlatego
rano o siódmej w moment wszyscy
byli gotowi do wymarszu do domu
na świąteczne śniadanie. Oni od-
chodzili a ja patrzyłem się na mgłę
która otaczała nas dookoła.Za chwi-
lę nadszedł Józek Kwiecień, który
miał poranną wartę. Ja krzątałem się
w obejściu, a on głośno tupiąc noga-
mi wszedł do domu .Zadałem kar-
mę zwierzętom w stajni i wróciłem
do domu. Kwiecień stał koło pieca
i grzał dłonie, ale ziąb powiedział i
wyszedł na dwór. Nie upłynęła mi-
nuta jak wpadł z krzykiem "Niemcy
idą "!.Wybiegłem jak stałem, bez
czapki i płaszcza, który dopiero co
zdążyłem zdjąć. Przebiegłem kilka
metrów we wskazanym kierunku
i zobaczyłem gęstą tyralierę biało
ubranych postaci wyłaniających
się z mgły. Szli z bronią w rękach
równym krokiem, szeroką ławą wy-
łaniając się z gęstej mgły od strony
Batynia i Radomla. Stałem zasko-
czony, co tu w święta robią Niemcy,
przeleciało mi przez głowę? Grom-
kie "Uraaa...." wyjaśniło sprawę, to
"rezuny" zrozumiałem i biegiem
wróciłem do domu ,po karabin. Jak
wróciłem byli dosłownie wszędzie,
krzyknąłem tylko do Józka, strzelaj
trzy razy na alarm i pobiegłem za-
jąć stanowisko do obrony. Przybiegł
Czesiek Lenkowski i razem zaczę-
liśmy oceniać sytuację. Przeciwnika
widać było już z trzech stron, jedyna
wolna droga pozostała do Zasmyk.
Krzyknąłem do żony z małym syn-
kiem uciekajcie ja was dogonię. Za-
jąłem pozycję na lewym skrzydle,
Czesiek strzelał z lasku na prawo,
mając za plecami drogę ucieczki na
bagna. Leżałem w olszynach i strze-
lałem raz po raz, aż się karabin zro-
bił gorący. Kule zaczęły padając jak
wypluwane pestki z wiśni, nie do-
cierając do celu. Nikt nie przycho-
dził z pomocą, słyszałem tylko po
prawej stronie szczekający seriami
automat Bonka. Ukraińcy podeszli
na pięćdziesiąt metrów, nie było na
co czekać zacząłem się wycofywać.
W połowie wsi było już nas trochę
Uzbrojeni ludzie wygrażając nam
pięściami ładują się do sań i zni-
kają za pagórkiem. Dalej widać
mrowie wycofujących się sylwe-
tek. Tych na pewno już nie się-
gniemy.
Wracamy do Kupiczowa. Wieczo-
rem w zwartym szyku idziemy do
kościoła podziękować Bogu za
opiekę. Istotnie nikt z naszego
oddziału nie zginął ani nie został
ranny mimo, iż strzelanina była
intensywna.
Nocą zachowujemy wzmożoną
czujność. Karabiny maszynowe
znowu wzmacniają załogi bun-
krów. Mnie przypadła w udziale
służba patrolowa. Chodzę z dwo-
ma uzbrojonymi Czechami od
bunkra do bunkra. Najdłużej sto-
imy przy bunkrze położonym nie-
daleko kościoła, od strony świ-
niarzyńskich lasów. Jest mroźna,
jasna noc.
Trudno w to uwierzyć, ale panuje
prawdziwie świąteczny spokój. Z
czeskimi kolegami komentujemy
przebieg dzisiejszych wypadków.
Wszyscy jesteśmy zgodni, że
ostrzał z działka Kupiczowa i nie-
zdecydowane podchodzenie ukra-
ińskich tyralier pod miasteczko
było strategicznym manewrem
mającym na celu związanie pol-
skich sił. Nasze uderzenie na li-
tyński las zagroziło odcięciem od
bazy oddziałom UPA. Ofiary po-
niesione przez ludność cywilną
w Radomlach nie były zawinione
zaniedbaniami ze strony żołnie-
rzy placówki. Posterunki były
wystawione cały czas.
Dopiero widząc niemieckie mun-
dury żołnierzy wiozących słomę,
opuścili stanowiska bojąc się
konfliktu z Niemcami. Na skutek
zastosowanego podstępu udało
się banderowcom zamordować
około 50 Polaków. Kilku żołnie-
rzy z placówek w Zasmykach,
Janówki i Zielonej straciło życie
niosąc pomoc napadniętym. Nasz
atak na tyły zaniepokoił wyraźnie
banderowców zmuszając ich do
wycofania się z rejonu Zasmyk.
(…)
Mianowano mnie amunicyjnym,
więc muszę trzymać się blisko
celowniczego a ten pędzi jak w
transie. Z trudem nadążam za
nim. Obok biegną bracia "Mur"
i "Niuśka", kończąc rozpoczętą
w saniach piosenkę "Madeleine".
Łatwo im śpiewać a mnie taśma z
chlebakiem załadowanym dyska-
mi chce przeciąć na pół. Trochę
przeraża mnie fakt, że wysforo-
waliśmy się przed wszystkimi.
"Jeszcze kawałeczek", mówi zdy-
szanym głosem mój celowniczy,
"odległość już jest skuteczna, za
chwilę rozpoczynamy koncert!"
Niestety, w kulminacyjnym punk-
cie broń zdecydowanie odmówiła
posłuszeństwa. "Słowik" o mało
się nie rozpłakał, zdjął płaszcz,
rozłożył go na śniegu. Rozbiera-
jąc na nim "pieska" tłumaczył się
nerwowo:
"Chciałem go gruntownie prze-
czyścić, więc naoliwiłem z za-
pasem. Myślałem, że rano zdążę
go przetrzeć, a mogłem to zrobić
choćby na placu alarmowym..."
Przetarł posiadaną szmatką me-
chanizm. Nasilił się ogień skon-
centrowany na nas. Coraz częściej
bzykały kule lub obsypywały nas
śniegiem.
"Nieprzyjemne uczucie pełnić
funkcję tarczy celowniczej", po-
myślałem z przekąsem i urucho-
miłem swój karabinek. Stanowi-
ska striłciw położone były nie
dalej niż sto metrów od nas. Po
chwili "Słowik" posłał im parę
krótkich serii. Pocałował swego
"pieska" i skaczemy do przodu.
Natarcie ruszyło ze zdwojoną
energią.
Fragment z : „Biografii” Olgier-
da Kowalskiego
-Wspomnienia spisane 25-26 grud-
nia 1963 roku ,opowiadane w więk-
szej grupie osób ,przez Bogumiła
Szarwiło ps. "Dąb", a spisane przez
Bogusława Szarwiło.
http://www.akowcy.de/buch/
buch.cgi/t1k04
"Czy ponieśliśmy duże straty?"
Kresowy Serwis Informacyjny - 1 grudnia 2011 - strona 5
Plik z chomika:
boromir45
Inne pliki z tego folderu:
braki.txt
(0 KB)
numer00.pdf
(4828 KB)
numer01.pdf
(2472 KB)
numer02.pdf
(7579 KB)
numer04.pdf
(18695 KB)
Inne foldery tego chomika:
Dokumenty
Emulatory
Galeria
Gamebase
Komiksy
Zgłoś jeśli
naruszono regulamin